Szansa na cud

Czy pielgrzymka Papieża do Polski może jeszcze kogokolwiek głębiej poruszyć, wywołać żywsze uczucia, stać się przeżyciem duchowym.

Uczucia wobec Papieża, uważam za zboczenie religijne – powiedział mój znajomy prawosławny. Myślę, że przed Soborem Watykańskim II przyznałbym mu rację. Papież odległy, jakby pół realny, ‘więzień Watykanu”, znany tylko z oficjalnych fotografii albo nie wywoływał uczuć w ogóle, albo mógł być przedmiotem bliskiego bałwochwalstwu uwielbienia, adoracji, kultu. Takie też uczucia miał na myśli, jak sadzę, mój znajomy.

Być może podświadome wspomnienia papieży słabych i grzesznych, nakazywało Kościołowi tak bardzo daleko idące rozdzielenie funkcji od żywego człowieka. To mocne odgraniczenie osoby od religijnej posługi jest, myślę, nadal silnie obecne w prawosławiu, jednak w dużo sympatyczniejszej postaci. Wschód ze znacznie mniejszą konsekwencją przekuwał duchowe zasady w instytucje i ścisłe reguły. Te ostatnie dla Kościoła katolickiego stały się w pewnym momencie nieznośnym ciężarem. Jan XXIII mówiąc rozbrajająco: „Przecież byłam grzeczny!” na wieść, że ma samotnie spożywać posiłki, zainicjował prawdziwą rewolucję. Bo dopiero papież, który sam wyrażał żywe uczucia, mógł wywołać żywą, autentyczną reakcję ludzi. Gdy pontyfikat „dobrego Papieża” to jeden wielki ciąg otwartości, poczucia humoru i relacji z innymi. Jego następca, Paweł VI, był człowiekiem, bardzo emocjonalnym, jednak introwersja i nieśmiałość nie pozwalały mu skutecznie przebić się ciągle istniejącą między papieżem a ludźmi tradycyjną i instytucjonalną „szybę”. Kolejnego przełomu dokonał biskup Rzymu, którego pontyfikat trwał tylko 33 dni. Jan Paweł I zrezygnował z formy mówienia o sobie „my”, oraz ze specjalnej lektyki „sedia gestadoria”, w której papież był noszony. Prostota tego człowieka sprawiła, że nawet krótki okres służby wystarczył, by jego urzekający uśmiech ujął i poruszył niemal wszystkich ludzi.

Jan Paweł II to z kolei pierwszy papież, który ma gdzieś w świecie swoją Ojczyznę, do której może tęsknić i swoich rodaków, którzy tęsknią za nim. Chodzi po ziemi, a nawet ja całuje, stara się dotrzeć wszędzie i do wszystkich. Potrzeba bezpośredniej komunikacji jest tak wielka, że podejmuje trud mówienia wieloma językami, dotyka ludzi, bierze dzieci na ręce. Jego twarz wyraża radość, wzruszenie, a także ból i zawód. Nic dziwnego, że tak mocny przekaz wywołuje rozliczne uczucia.

Pierwsza wizyta Papieża w Ojczyźnie w 1979 roku spowodowała nawiązanie niezwykle żywego dialogu emocjonalnego. Dialog ten został w swoisty sposób pogłębiony podczas następnej pielgrzymki w 1983 roku – Papież oddzielony od ludzi restrykcjami stanu wojennego, taki, którego już nie można dotknąć, zwiększał siłę uczuć wyrażających się w poruszeniach rzeszy ludzkiej, w napięciu ciała skoncentrowanego w znaku „V”, w mocy oklasków. Uczucia wobec Papieża stały się wówczas czymś nie tylko normalnym, ale czymś oczywistym, cielesnym nieomal. Były tez niezbędne by przetrwać. Wyrażana przez Jana Pawła II troska i miłość dawały poczucie bezpieczeństwa i nadzieję. Jednak, paradoksalnie, w miarę, jak i fakty potwierdzały te nadzieję, uczucia zaczęły słabnąć, powszednieć. Jeszcze jeden poryw to pielgrzymka w roku 1987, już w atmosferze świtającej wolności, kiedy Papież wyjątkowo mocno utożsamił się z „Solidarnością”. Tę z roku 1991 odbieram już jako odsłaniającą swe spowszednienie, sygnalizującą ujawnienie się uczuć, jakie przejawiają ludzie, z których „każdy obrócił się ku własnej drodze” (Iż 53,6) – pozytywnych jeszcze, ale już niegłębokich, dalekich od jakichkolwiek zobowiązań.

Czy obecna pielgrzymka może jeszcze kogokolwiek głębiej poruszyć, wywołać żywsze uczucia, stać się impulsem duchowym? Czy Papież wywoła jedynie płytkie sentymenty u większości i uwielbienie u nielicznych „fundamentalistów”. Czy tez może powtórzy się ów szczególny efekt przebudzenia, otrząśnięcia się z ciężkiego snu na dźwięk słów tak dokładnie wrażających ukryte w głębi osób tęsknoty i dążenia.

Efekt ów, tak wyraźnie widoczny i słyszalny, można było sobie przypomnieć oglądając w telewizji Film „Pielgrzym”- relację z pierwszej wizyty: „Proszę was, abyście całe to duchowe dziedzictwo, któremu na imię Polska, raz jeszcze przyjęli z wiarą, nadzieją i miłością…”. Następujące wkrótce po tych słowach wydarzenia pokazały, że odpowiedź nie ograniczyła się do sfery uczuć.

Jak będzie tym razem? Nie wiemy, jakie uczucia Jan Paweł II wywoła i czy przetworzą się one w trwalszą materię postaw i czynów. Zapytałem kilkadziesiąt osób w różnym wieku, z różnych grup społecznych i o różnych poglądach, jakie uczucia budzi w nich zbliżająca się wizyta oraz sama osoba Papieża. Relacje które uzyskałem, nie mogą być proroctwem. Są jednak widocznym znakiem.

Moi rozmówcy, nie byli przygotowani na pytania o Papieża. Myśleli na głos podczas rozmowy. Pierwszą relacją wielu było zaskoczenie, przypominające wyrwanie ze szczególnego „snu światopoglądowego”: „To Papież przyjeżdża?”, „Jeszcze się nad tym nie zastanawiałem”, „Jestem tak zajęta codzienną rzeczywistością…”. Pod tym zaskoczeniem nierzadko kryło się zażenowanie, nawet wstyd, który ktoś wyraził wprost. Ktoś inny podziękował, że pytając dałem mu szansę refleksji. Takie „zażenowanie po przebudzeniu” wypowiadały również nie związane z Kościołem.

Zaskakujące, jak szybko po owym „przebudzeniu” pojawiały się żywe uczucia. Nawet deklarowana obojętność wobec wizyty Papieża też okazywała się w szczególny sposób żywa. Brzmienie tej obojętności u reprezentantów mniejszości wyznaniowych czy też u radykalnych nastolatków nasuwa myśl o rozczarowaniu, żalu, pretensji bądź nieufności – jednak wyraźnie wobec wizyty, nie wobec samego Papieża. Wizyta jest przez tych moich rozmówców odczytywana jako „kultowa” sprawa dla polskiego Kościoła, okazja do spodziewanego festiwalu uwielbienia wobec Jana Pawła II, do zwiększenia siły politycznej.

Papież jest od tych negatywnych uczuć wyraźnie oddzielany. Jako osoba budzi jednoznacznie pozytywne emocje - od akceptacji do miłości określanej jako „rodzinna”. Co ciekawe, wspomniana „żywa” obojętność nie dotyczyła wierzących Żydów. Ich stosunek do Kościoła katolickiego wydał mi się znacznie mniej obciążony.

W wielu wypowiedziach rysuje się potrzeba bezpośredniego kontaktu: „Żeby był blisko, żeby dotknął”, ‘Jest jak ojciec opiekun, jak mistrz”. Wyraziście brzmią relacje z osobistych spotkań z Papieżem: „Jesteś dla niego – tylko ty istniejesz”. „Ma spojrzenie przenikające, przywracające godność”. Ukryte w tych komunikatach uczucia miłości, czułości, przywiązania nie przechodzą jednak w uwielbienie – starsza kobieta mówi: „Mam silne odczucia. Uwielbienie? Za dużo!”.

Dojrzałość pozytywnych uczuć potwierdza ich oparcie na konkretach – cechach, które budzą uznanie, szacunek, podziw. „To ktoś, kto wiarę traktuje śmiertelnie serio – takich ludzi jest niewielu”. Człowiek o wielkiej prostocie, wielkiej uczciwości wewnętrznej, a jednocześnie pełen dystansu do samego siebie i humoru. Okazujący szczególną miłość słabym: chorym, niepełnosprawnym, zranionym. Emanujący ciepłem i łagodnością, i jednocześnie siłą duchową . Stale ciekawy świata.

Krytycyzm wobec nauki Jana Pawła II, wyrażany najczęściej (choć nie wyłącznie) przez przedstawicieli inteligencji laickiej, współistnieje z akceptacją jego osoby. Część wyjaśnienia tego fenomenu zawiera się w odbiorze Papieża jako „istniejącego w stałym dialogu ze światem, choć pozostaje ciągle ten sam”.

Niektórzy (np. inteligencja laicka czy wierzący Żydzi) oczekują konkretnych wypowiedzi Papieża: potępienia antysemityzmu, przeciwstawienia pojawiającym się tendencjom faszystowskim, łagodzenia napięć społecznych. Liczne są oczekiwania są oczekiwania osobiste: „by był drogowskazem”, „by podbudował duchowo”, „by pomógł wyjść z zagubienia – jako osoba chwiejnej wiary potrzebuję kogoś takiego”, „by pomógł spotkać Pana Jezusa”.

Poza tymi osobistymi oczekiwaniami, pojawia niejedno wspólne wielu osobom oczekiwanie swoistego cudu społecznego, powtórzenia efektu z 1979 roku, kiedy to wizyta Jana Pawła II wywarła bezpośredni i silny wpływ na bieg spraw publicznych w naszym kraju. Często temu oczekiwaniu towarzyszą nostalgiczne wspomnienia poprzednich, a zwłaszcza pierwszej pielgrzymki. Ktoś wskazuje jako symbol otwarte w nocy kościoły. Przywoływane są wspomnienia ludzkiej solidarności i wspólnoty, szczególnej atmosfery spotkania z młodzieżą.

Pojawia się również zwątpienie – cudu nie będzie, tym bardziej, że „w dziedzinie nie ma recept, lub są recepty prostackie”. Blisko tych uczuć jest też troska o Papieża: „Żeby nie został duchowo zraniony, bo jego nauka jest głosem wołającego na puszczy, co dotyczy i świeckich i duchownych”. Niepokój o zdrowie i kondycję fizyczną: „Bardzo wyraźnie widzę jego zmęczenie, bierze na siebie zadania ponad swój urząd i autorytet religijny, czy nie ponad siły?”. Wyrażana jest obawa, że może umrzeć, czasem przeczucie, że to pożegnalna pielgrzymka. I lęk: „Czy jego wiara w człowieka zostanie podtrzymana?”.

Jednak poprzez zwątpienie i troskę powoli przebija nadzieja: „Może nie ma takiej możliwości, żeby ludzie skutecznie pouczyć, ale jeśli nie on, to kto?”, „Wielkie idee nie od razu się sprawdzają, ale dobrze, że są, bo najważniejsza jest droga”, „Mam nadzieję na opatrznościową zmianę – na początku mało dostrzegalna, może zaskakująco wpłynąć na to, co się działo na planie etycznym”.

Jako dopełnienie oczekiwań i nadziei pojawia się poczucie zobowiązania: „Czuje się zobowiązana jakby do powtórnego chrztu, odnowienia – niesie mnie to dalej, niż moja własna wiara”. I wreszcie jakby kwintesencja poczucia zobowiązania i przebudzenia – przedstawicielka laickiej inteligencji mówi: „Moja reakcja na Jego osobę to wewnętrzne wezwanie: natychmiast się skupić!. Skupić się, wsłuchać w to, co naprawdę istotne i ważne. To jest ta szansa. Dla każdego i dla wszystkich”. Szansa na cud?

Tekst został opublikowany w miesięczniku „Charaktery”, nr 6, 1997 r.

X