Słonik w kuchni

Słuchowiska muzyczne „SŁONIK W DOMU” to cykl czterech krótkich historii dla dzieci i rodziców opowiadających o NAS –TERAZ - stworzony przez Fundację Artstyczną Młyn. To historie o radzeniu sobie w czasach przymusowej izolacji, nieczynnych placówek i rodzicielskiej pracy z domu. 

Zapraszamy do przeczytania komentarza Moniki Tarnowskiej - koordynatorki Poradnii Zdrowia Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży Intra, która jest patronem projektu.

Dzielni ci rodzice Słonika, prawda? Na widok bałaganu w kuchni wcale nie zaczęli krzyczeć! Złość mamy Słonika słychać jedynie w stanowczym „Nie wolno ci samemu brać rzeczy z kuchni!”, po którym zresztą zaraz przychodzi refleksja, że, faktycznie, Słonik sam zaczął działać w kuchni, ponieważ nie mógł się doczekać, aż dorośli zrobią mu obiecane kakao. Zróbmy zatem mały eksperyment – wyobraźmy sobie, że jesteśmy na miejscu rodziców Słonika… Część z nas, rodziców, szybko odpowie, że wcale nie musi sobie tego wyobrażać – takie sytuacje, gdy rodzic usiłuje pracować, a pozostawiony na chwilę samemu sobie kilkulatek robi straszliwy bałagan, zdarzają się wystarczająco często, by taki eksperyment nie stanowił dla naszej wyobraźni żadnego wyzwania. Jaka zatem będzie nasza reakcja?

„Cóż, to zależy” – odpowiada znajoma mama. „Są takie dni, kiedy w tego rodzaju chwilach mam ochotę po prostu usiąść i się rozpłakać” – dodaje. „Wiem, że to źle, ale wrzeszczałbym” – mówi znajomy tata. „Ostatnio naprawdę niewiele trzeba, by mnie wyprowadzić z równowagi. Dodatkowa godzina sprzątania… No, na pewno byłbym okropnie zły”. Jeśli nasza odpowiedź przypomina te dwie powyższe wypowiedzi, to znaczy, że mamy teraz bardzo niewiele zasobów. Nasze zasoby poznawcze, odpowiadające za koncentrację uwagi, pamięć i, co za tym idzie, poziom efektywności wykonywania zadań umysłowych, mogą być nadwątlone przez angażowanie się w równolegle procesy myślowe (np. jak opracować ważny raport plus jak przygotować dzieciom śniadanie tak, by przygotowywanie i sprzątanie nie trwało dłużej, niż godzinę). Dodatkowo, zużywamy zasoby poznawcze przełączając się między zadaniami (np. raport, na który czeka nasz klient, versus konwersacja z kilkulatkiem). Próba wykonywania zadania przy ekspozycji na liczne rozpraszające nas bodźce, to prawdziwe wyzwanie dla naszego umysłu! Nasze zasoby emocjonalne wyczerpują się z kolei wtedy, gdy staramy się poradzić sobie z wysokim poziomem emocjonalnego pobudzenia – na przykład wtedy, gdy martwimy się, że nie zdążymy z raportem na czas (bo praca z domu to wyzwanie), albo denerwujemy się, ponieważ nie wiadomo, czy nasze obniżone teraz dochody wystarczą, by pokryć niezbędne wydatki, albo ogarnia nas lęk o bliskich, albo przygnębienie z powodu odwołanego urlopu. Powodów do odczuwania negatywnych emocji mamy teraz aż nadto.

„Mało zasobów” - co to oznacza? Z rodzicami, z którymi pracuję, używamy metafory mającej zobrazować tę sytuację – jesteśmy mianowicie jak kierowca, który którąś już z kolei godzinę prowadzi auto przez śnieżycę, w ekstremalnie trudnych warunkach. Nie może się zatrzymać, chce bezpiecznie dowieźć siebie i bliskich do celu. Jeśli wtedy siedzący obok pasażer zacznie wciągać kierowcę w rozmowę, domagając się uważnego słuchania – cóż, raczej usłyszy niezbyt miłą odpowiedź w rodzaju „Nie teraz, prowadzę!”. Jak w takim razie możemy sobie teraz radzić? Przecież nie możemy zbywać naszego kilkulatka krótkim „Nie teraz, pracuję!” – a w każdym razie, nie możemy go tak zbywać cały czas. Raz, że rośnie nam wtedy dodatkowe obciążenie emocjonalne w postaci wyrzutów sumienia, a dwa – wiemy aż za dobrze, do czego może prowadzić dziecięcy pomysł, by poradzić sobie samemu – na przykład ze zrobieniem kakao.

Czytałam kiedyś wywiad z doświadczonym żołnierzem, który opisywał swoje funkcjonowanie w sytuacjach ekstremalnych (a zatem w sytuacjach, w których zasobów jest mało a błąd – kosztowny). Mówił on, że stara się wtedy „nie wykonywać zbędnych ruchów”. Szybko podejmuje decyzje i działa, nie tracąc energii (ani czasu, myśli i emocji) na procesy poboczne w stosunku do wykonywanego zadania. Rodzice, którzy pracują z domu (lub/i stresują się tym, że pracują za mało!), a zarazem opiekują się małymi dziećmi, często mogą znajdować się w sytuacji przeciążenia licznymi zadaniami przy niedoborze zasobów, a więc w sytuacji ekstremalnie trudnej. Podpowiedź doświadczonego żołnierza jest tu zatem całkiem na miejscu. Nie wykonujmy „zbędnych ruchów” (w rodzaju angażowania się w wewnętrzny monolog o tym, jakie to okropne, że placówki są zamknięte, a na nas spada ogrom zadań), zastanówmy się natomiast, jaka decyzja jest w danym momencie najbardziej pragmatyczna.

Skoro mamy zadania równoległe (zdalna praca i opieka nad dziećmi), to próba realizowania jednego kosztem drugiego zapewne nie będzie udana. W gruncie rzeczy, nasze zadanie polega na tym, by obmyślić sposób na wykonywanie obu tych zadań, a to oznacza, że żadne z nich nie zostanie wykonane tak dobrze, jak moglibyśmy je wykonać mając tylko jedno z nich na raz. Wracając do metafory kierowcy jadącego długo przez śnieżycę – to połączenie koniecznych do realizacji zadań składa się na wysoki poziom obciążenia. Nie mielibyśmy kłopotu z zajmowaniem się dziećmi, gdybyśmy jednocześnie nie musieli pracować lub nie stresowali się o finansowe bezpieczeństwo rodziny – zupełnie jak kierowca, który nie miałby kłopotu z długą trasą w piękny, słoneczny dzień przy pustej drodze. W trudnych warunkach kierowca dostosowuje sposób jazdy do możliwości, jakimi dysponuje – nie rozwija dużych prędkości, a na pierwszym miejscu stawia to, by zwiększać szanse na bezpieczne dojechanie do celu. My także nie wymagajmy zatem od siebie idealnego wykonania obu zadań – pracy w jakości takiej, jak gdybyśmy siedzieli spokojnie w swoim gabinecie, ani opieki nad dziećmi w jakości takiej, jak na przykład na wakacjach, kiedy naprawdę mamy zasoby do tego, by skupić się na organizowaniu im atrakcji.

Decydujmy, co w danej sytuacji jest priorytetem. Przykładowo, jeśli nasz kilkulatek ma kłopot z założeniem skarpetek i złości się z tego powodu, a my czujemy, że nasza cierpliwość za moment się wyczerpie, to pewnie nie jest najlepszy moment na uczenie naszego dziecka samodzielności. Nie stanie się nic złego, jeśli założymy mu te niesforne skarpetki, oszczędzając zasoby (emocjonalne, czasowe, energetyczne). Zazwyczaj – jeśli się nad tym zastanowimy, doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, kiedy najwłaściwsza jest odpowiedź w rodzaju „Już, już, za chwilkę się tobą zajmę”, a kiedy rozsądniej jest przełączyć się uwagą na realizowanie potrzeb dziecka (by, na przykład, zrobić mu kakao). Nawiasem mówiąc, gdy odpowiadamy „za chwilkę”, dobrze jest określić w sposób czytelny dla dziecka, za jaką chwilkę (np. „Kiedy skończy się ta piosenka” albo „Po obiedzie”). Wiemy, jakie będą konsekwencje danej odpowiedzi w danym momencie – w sytuacji niedoboru zasobów warto podejmować decyzje, które w rezultacie będą dla nas stosunkowo najmniej kosztowne.

Nawet, jeśli doświadczamy teraz dużych trudności, zdarzają się też dużo lepsze momenty – takie, w których jesteśmy odprężeni, mamy więcej cierpliwości i gotowości do wspólnej zabawy z dzieckiem. Te chwile to doskonała okazja do wspierania naszego kilkulatka w rozwijaniu samodzielności. Jeśli nasza odpowiedź w wyobrażeniowym eksperymencie, od którego zaczęliśmy, brzmiałaby na przykład tak: „No cóż, zdarza się, nie pierwszy i nie ostatni raz będziemy wspólnie sprzątać bałagan, jaki zrobiło moje dziecko. To dobrze, że próbuje być samodzielne, chętnie potowarzyszę mu w nauce tej samodzielności. Posprzątamy, a później zastanowimy się nad tym, co – i w jaki sposób – moje dziecko mogłoby w kuchni zrobić samodzielnie pod moim okiem”, to mamy doskonały grunt do tego, by wesprzeć rozwój umiejętności naszego kilkulatka.

To bardzo cenne, gdy dziecko może w spokojnej i miłej atmosferze poeksperymentować – z nalewaniem, nasypywaniem, mieszaniem. Z wiązaniem butów, wkładaniem skarpetek, które początkowo nie chcą dać się założyć, z zapinaniem guzików i najprzeróżniejszymi innymi czynnościami, które w momentach ograniczonego czasu (i cierpliwości) wykonuje rodzic. Warto przy tym umawiać się z dzieckiem na to, kiedy i w jaki sposób może ćwiczyć te umiejętności: „Teraz mamy czas na wspólne gotowanie! Umówmy się, że gotujemy tylko razem i tylko wtedy, kiedy – tak, jak teraz, mam na to czas – dobrze?”. Przyzwolenie na eksperymentowanie w kuchni zostaje tym samym osadzone w kontekście wyraźnych zasad, na przestrzeganie których jesteśmy umówieni. Budujemy w ten sposób dziecku przyjazne i przewidywalne (a więc bezpieczne) środowisko, w którym czasem wprawdzie trzeba zaczekać – na przykład na kakao, ale jednocześnie wiadomo, do kiedy trzeba poczekać, wiadomo na pewno, że nastąpi moment, w którym rodzic ma dla dziecka czas i wiadomo, że można liczyć na momenty świetnej wspólnej zabawy – na przykład wtedy, gdy razem przyrządzamy coś w kuchni.

X