Słonik w domu

Słuchowiska muzyczne „SŁONIK W DOMU” to cykl krótkich historii dla dzieci i rodziców opowiadających o NAS –TERAZ - stworzony przez Fundację Artstyczną Młyn. To historie o radzeniu sobie w czasach przymusowej izolacji, nieczynnych placówek i rodzicielskiej pracy z domu. 

Zapraszamy do przeczytania komentarzy psychoterapeutów z  Poradni Zdrowia Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży Intra, która jest patronem projektu.

W połowie marca nasz świat diametralnie się zmienił – z dziecięcej perspektywy wręcz „stanął na głowie”. Wszystko, co dotychczas było tak pewne, jak to tylko możliwe, przestało być aktualne. Oto dziecko nie idzie już do przedszkola (a przecież dotychczas słyszało, że codziennie, od poniedziałku do piątku – ono idzie do przedszkola, a rodzice – do pracy), rodzice zostają w domu (tylko nie tak, jak w weekend, gdy zazwyczaj po leniwym, miłym poranku następuje dalsza, przyjemna część dnia – tym razem dorośli wyglądają na przejętych i nie chcą odkleić się od telefonów i komputerów), a planowana wcześniej wizyta u dziadków okazuje się niemożliwa.

Wspólnie z naszymi dziećmi przechodzimy przez kolejne etapy tej dziwacznej sytuacji. Początkowo kilkulatek mógł się ucieszyć, w całym tym niechodzeniu do przedszkola widząc szansę na fantastycznie spędzony razem czas. Chwilę później jednak mamy do czynienia z poważnym rozczarowaniem, gdy okazuje się, że rodzice wprawdzie ciałem zostają w domu, ale duchem są jakby zupełnie gdzie indziej. Jako dorośli mierzymy się z niepewnością i wszelkimi niedogodnościami związanymi z dostosowywaniem się do nowej sytuacji. Część z nas czym prędzej stara się zorganizować sobie warunki do pracy z domu, część – zmaga się z silnym stresem związanym z utratą lub znacznym ograniczeniem możliwości zarabiania.

Podczas gdy dorośli konfrontują się z nową – nieznaną i, najczęściej, trudniejszą wersją świata, dziecko doświadcza niepokoju w związku z załamaniem się dotychczasowego rytmu życia. Dodatkowo spotyka się ono ze zjawiskiem, jakiego dotąd w życiu wielu dzieci było stosunkowo niedużo, a mianowicie – z nudą. Dotychczas było przedszkole, czasem – jakieś zajęcia dodatkowe, spotkania z innymi dziećmi, wizyty u znajomych, wycieczki – zupełnie, jakby cały świat wytężał się próbując chronić malca przed doświadczaniem nudy. Teraz – cóż, z dziecięcego punktu widzenia może to wyglądać tak, jakby świat kompletnie przestał się starać. To zatem naturalne, że część dzieci zaczyna się na swoje otoczenie złościć. „Jak to, nie wyjdę?!”; „Dlaczego nie możemy iść do Jaśka?!”; „W takim razie włącz mi bajki!”. Rodzic, dźwigający brzemię odpowiedzialności za to, by rodzina przetrwała trudne czasy możliwie jak najmniejszym kosztem, czuje się w związku z tym dodatkowo obciążony.

Część z nas, rodziców, stara się nie tylko zawalczyć o wyjście z trudnej sytuacji obronną ręką, lecz także o to, by w życiu naszych dzieci jak najmniej zmieniło się na niekorzyść. Miotamy się między wymyślaniem kreatywnych zabaw, irytowaniem się na mądrych ludzi z internetu podsuwających nam coraz to nowe pomysły na kreatywne zabawy (zupełnie, jakbyśmy mieli na to wszystko czas!), a wyrzutami sumienia w związku z tym, że dzieci już kolejną godzinę siedzą przed ekranem.

W tym trudnym momencie ze wsparciem przychodzi nam… Słonik. Słuchowisko "Słonik w domu" to seria krótkich opowieści udostępnianych nieodpłatnie na stronach Fundacji Artystycznej MŁYN do wspólnego słuchania z naszymi dziećmi w wieku przedszkolnym (i wczesnoszkolnym też!). To historie o radzeniu sobie w czasach przymusowej izolacji, nieczynnych placówek i rodzicielskiej pracy z domu. „Słonik w domu” pokazuje różne emocje, jakie mogą pojawiać się w nas wtedy i mądrze podpowiada, jak można sobie z nimi radzić.

Jako psychoterapeuci na co dzień (choć teraz wyłącznie online) pracujący z rodzicami, dziećmi i młodzieżą, bardzo doceniamy zawarty w słonikowych opowieściach przekaz o tym, że rodzic nie musi w całej tej zawierusze wymyślać super atrakcji dla dziecka, a samo dziecko dysponuje czekającym tylko na odkrycie wielkim wyobraźniowym potencjałem do tego, by poradzić sobie z nową sytuacją. Rodzic może pozwolić dziecku pozłościć się na ograniczenia i dziwaczność życia w izolacji. Może porozmawiać z dzieckiem o tym, jak to jest, tak siedzieć w domu. Jak czuje się siedzący w domu Słonik? A jak my się mamy z tą całą zmianą wszystkiego? Jak nasze dziecko radzi sobie z momentami nudy?

Możemy wspólnie zauważać to, że nuda, nawet jeśli w danej chwili skutecznie się jej pozbędziemy, zapewne wróci. Zapytajmy naszego dziecka – jak myśli, co można zrobić, gdy nuda znów się pojawi? Kiedy tak rozmawiamy, może okazać się, że nasz kilkulatek potrafi nas zaskoczyć własną listą sposobów na nudę. Listą, do której w czasie izolacji zapewne wielokrotnie będziemy potrzebowali wracać – i to jest zupełnie, ale to zupełnie w porządku.

Zachęcamy zatem do słuchania, z niecierpliwością czekając na kolejne odcinki.

Dzielni ci rodzice Słonika, prawda? Na widok bałaganu w kuchni wcale nie zaczęli krzyczeć! Złość mamy Słonika słychać jedynie w stanowczym „Nie wolno ci samemu brać rzeczy z kuchni!”, po którym zresztą zaraz przychodzi refleksja, że, faktycznie, Słonik sam zaczął działać w kuchni, ponieważ nie mógł się doczekać, aż dorośli zrobią mu obiecane kakao. Zróbmy zatem mały eksperyment – wyobraźmy sobie, że jesteśmy na miejscu rodziców Słonika… Część z nas, rodziców, szybko odpowie, że wcale nie musi sobie tego wyobrażać – takie sytuacje, gdy rodzic usiłuje pracować, a pozostawiony na chwilę samemu sobie kilkulatek robi straszliwy bałagan, zdarzają się wystarczająco często, by taki eksperyment nie stanowił dla naszej wyobraźni żadnego wyzwania. Jaka zatem będzie nasza reakcja?

„Cóż, to zależy” – odpowiada znajoma mama. „Są takie dni, kiedy w tego rodzaju chwilach mam ochotę po prostu usiąść i się rozpłakać” – dodaje. „Wiem, że to źle, ale wrzeszczałbym” – mówi znajomy tata. „Ostatnio naprawdę niewiele trzeba, by mnie wyprowadzić z równowagi. Dodatkowa godzina sprzątania… No, na pewno byłbym okropnie zły”. Jeśli nasza odpowiedź przypomina te dwie powyższe wypowiedzi, to znaczy, że mamy teraz bardzo niewiele zasobów. Nasze zasoby poznawcze, odpowiadające za koncentrację uwagi, pamięć i, co za tym idzie, poziom efektywności wykonywania zadań umysłowych, mogą być nadwątlone przez angażowanie się w równolegle procesy myślowe (np. jak opracować ważny raport plus jak przygotować dzieciom śniadanie tak, by przygotowywanie i sprzątanie nie trwało dłużej, niż godzinę). Dodatkowo, zużywamy zasoby poznawcze przełączając się między zadaniami (np. raport, na który czeka nasz klient, versus konwersacja z kilkulatkiem). Próba wykonywania zadania przy ekspozycji na liczne rozpraszające nas bodźce, to prawdziwe wyzwanie dla naszego umysłu! Nasze zasoby emocjonalne wyczerpują się z kolei wtedy, gdy staramy się poradzić sobie z wysokim poziomem emocjonalnego pobudzenia – na przykład wtedy, gdy martwimy się, że nie zdążymy z raportem na czas (bo praca z domu to wyzwanie), albo denerwujemy się, ponieważ nie wiadomo, czy nasze obniżone teraz dochody wystarczą, by pokryć niezbędne wydatki, albo ogarnia nas lęk o bliskich, albo przygnębienie z powodu odwołanego urlopu. Powodów do odczuwania negatywnych emocji mamy teraz aż nadto.

„Mało zasobów” - co to oznacza? Z rodzicami, z którymi pracuję, używamy metafory mającej zobrazować tę sytuację – jesteśmy mianowicie jak kierowca, który którąś już z kolei godzinę prowadzi auto przez śnieżycę, w ekstremalnie trudnych warunkach. Nie może się zatrzymać, chce bezpiecznie dowieźć siebie i bliskich do celu. Jeśli wtedy siedzący obok pasażer zacznie wciągać kierowcę w rozmowę, domagając się uważnego słuchania – cóż, raczej usłyszy niezbyt miłą odpowiedź w rodzaju „Nie teraz, prowadzę!”. Jak w takim razie możemy sobie teraz radzić? Przecież nie możemy zbywać naszego kilkulatka krótkim „Nie teraz, pracuję!” – a w każdym razie, nie możemy go tak zbywać cały czas. Raz, że rośnie nam wtedy dodatkowe obciążenie emocjonalne w postaci wyrzutów sumienia, a dwa – wiemy aż za dobrze, do czego może prowadzić dziecięcy pomysł, by poradzić sobie samemu – na przykład ze zrobieniem kakao.

Czytałam kiedyś wywiad z doświadczonym żołnierzem, który opisywał swoje funkcjonowanie w sytuacjach ekstremalnych (a zatem w sytuacjach, w których zasobów jest mało a błąd – kosztowny). Mówił on, że stara się wtedy „nie wykonywać zbędnych ruchów”. Szybko podejmuje decyzje i działa, nie tracąc energii (ani czasu, myśli i emocji) na procesy poboczne w stosunku do wykonywanego zadania. Rodzice, którzy pracują z domu (lub/i stresują się tym, że pracują za mało!), a zarazem opiekują się małymi dziećmi, często mogą znajdować się w sytuacji przeciążenia licznymi zadaniami przy niedoborze zasobów, a więc w sytuacji ekstremalnie trudnej. Podpowiedź doświadczonego żołnierza jest tu zatem całkiem na miejscu. Nie wykonujmy „zbędnych ruchów” (w rodzaju angażowania się w wewnętrzny monolog o tym, jakie to okropne, że placówki są zamknięte, a na nas spada ogrom zadań), zastanówmy się natomiast, jaka decyzja jest w danym momencie najbardziej pragmatyczna.

Skoro mamy zadania równoległe (zdalna praca i opieka nad dziećmi), to próba realizowania jednego kosztem drugiego zapewne nie będzie udana. W gruncie rzeczy, nasze zadanie polega na tym, by obmyślić sposób na wykonywanie obu tych zadań, a to oznacza, że żadne z nich nie zostanie wykonane tak dobrze, jak moglibyśmy je wykonać mając tylko jedno z nich na raz. Wracając do metafory kierowcy jadącego długo przez śnieżycę – to połączenie koniecznych do realizacji zadań składa się na wysoki poziom obciążenia. Nie mielibyśmy kłopotu z zajmowaniem się dziećmi, gdybyśmy jednocześnie nie musieli pracować lub nie stresowali się o finansowe bezpieczeństwo rodziny – zupełnie jak kierowca, który nie miałby kłopotu z długą trasą w piękny, słoneczny dzień przy pustej drodze. W trudnych warunkach kierowca dostosowuje sposób jazdy do możliwości, jakimi dysponuje – nie rozwija dużych prędkości, a na pierwszym miejscu stawia to, by zwiększać szanse na bezpieczne dojechanie do celu. My także nie wymagajmy zatem od siebie idealnego wykonania obu zadań – pracy w jakości takiej, jak gdybyśmy siedzieli spokojnie w swoim gabinecie, ani opieki nad dziećmi w jakości takiej, jak na przykład na wakacjach, kiedy naprawdę mamy zasoby do tego, by skupić się na organizowaniu im atrakcji.

Decydujmy, co w danej sytuacji jest priorytetem. Przykładowo, jeśli nasz kilkulatek ma kłopot z założeniem skarpetek i złości się z tego powodu, a my czujemy, że nasza cierpliwość za moment się wyczerpie, to pewnie nie jest najlepszy moment na uczenie naszego dziecka samodzielności. Nie stanie się nic złego, jeśli założymy mu te niesforne skarpetki, oszczędzając zasoby (emocjonalne, czasowe, energetyczne). Zazwyczaj – jeśli się nad tym zastanowimy, doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, kiedy najwłaściwsza jest odpowiedź w rodzaju „Już, już, za chwilkę się tobą zajmę”, a kiedy rozsądniej jest przełączyć się uwagą na realizowanie potrzeb dziecka (by, na przykład, zrobić mu kakao). Nawiasem mówiąc, gdy odpowiadamy „za chwilkę”, dobrze jest określić w sposób czytelny dla dziecka, za jaką chwilkę (np. „Kiedy skończy się ta piosenka” albo „Po obiedzie”). Wiemy, jakie będą konsekwencje danej odpowiedzi w danym momencie – w sytuacji niedoboru zasobów warto podejmować decyzje, które w rezultacie będą dla nas stosunkowo najmniej kosztowne.

Nawet, jeśli doświadczamy teraz dużych trudności, zdarzają się też dużo lepsze momenty – takie, w których jesteśmy odprężeni, mamy więcej cierpliwości i gotowości do wspólnej zabawy z dzieckiem. Te chwile to doskonała okazja do wspierania naszego kilkulatka w rozwijaniu samodzielności. Jeśli nasza odpowiedź w wyobrażeniowym eksperymencie, od którego zaczęliśmy, brzmiałaby na przykład tak: „No cóż, zdarza się, nie pierwszy i nie ostatni raz będziemy wspólnie sprzątać bałagan, jaki zrobiło moje dziecko. To dobrze, że próbuje być samodzielne, chętnie potowarzyszę mu w nauce tej samodzielności. Posprzątamy, a później zastanowimy się nad tym, co – i w jaki sposób – moje dziecko mogłoby w kuchni zrobić samodzielnie pod moim okiem”, to mamy doskonały grunt do tego, by wesprzeć rozwój umiejętności naszego kilkulatka.

To bardzo cenne, gdy dziecko może w spokojnej i miłej atmosferze poeksperymentować – z nalewaniem, nasypywaniem, mieszaniem. Z wiązaniem butów, wkładaniem skarpetek, które początkowo nie chcą dać się założyć, z zapinaniem guzików i najprzeróżniejszymi innymi czynnościami, które w momentach ograniczonego czasu (i cierpliwości) wykonuje rodzic. Warto przy tym umawiać się z dzieckiem na to, kiedy i w jaki sposób może ćwiczyć te umiejętności: „Teraz mamy czas na wspólne gotowanie! Umówmy się, że gotujemy tylko razem i tylko wtedy, kiedy – tak, jak teraz, mam na to czas – dobrze?”. Przyzwolenie na eksperymentowanie w kuchni zostaje tym samym osadzone w kontekście wyraźnych zasad, na przestrzeganie których jesteśmy umówieni. Budujemy w ten sposób dziecku przyjazne i przewidywalne (a więc bezpieczne) środowisko, w którym czasem wprawdzie trzeba zaczekać – na przykład na kakao, ale jednocześnie wiadomo, do kiedy trzeba poczekać, wiadomo na pewno, że nastąpi moment, w którym rodzic ma dla dziecka czas i wiadomo, że można liczyć na momenty świetnej wspólnej zabawy – na przykład wtedy, gdy razem przyrządzamy coś w kuchni.

W trzecim odcinku słuchowiska o słoniku nasz bohater stara się postawić na swoim. Chce żeby było tak, jak on chce, niezależnie od tego, na co się umówił z tatą. Najpierw zgodził się, że będzie oglądał bajki w telewizji przez 15 minut, ale gdy ten czas bardzo szybko minął wyprosił u taty, że może do końca obejrzeć swoją ulubioną bajkę o Superwężu, która właśnie się rozpoczęła.

Jak u wielu dzieci, to jednak nie było dla niego wystarczające – starał się wymusić oglądanie kolejnych bajek. Reakcja słonika – złość na tatę, wymuszanie, to typowe reakcje kilkuletnich dzieci na odbieranie im przyjemności. Swoją drogą nie tylko ich. Takie reakcje dotyczą też i starszych dzieci, np. wtedy, gdy rodzic odłącza internet ponieważ nastolatek, mimo ustaleń, nie chce wyłączyć gry i odejść od komputera.

Stawianie dziecku granic, zasad, co mu wolno, jak długo, kiedy, to ważne zadanie rodziców. Dotyczy to wielu spraw, np. o której godzinie dziecko wstaje i idzie spać, co może, a czego nie może robić samodzielnie, jakie zasady obowiązują przy spożywaniu posiłków, zasady dotyczące zabawy i sprzątania po niej, dotyczące oglądania bajek. Dobrze, gdy dziecko wie, jakie zasady obowiązują i dobrze, jak rodzice je pamiętają i przypominają o nich dziecku. Istotne jest to, żeby wcześniej wytłumaczyć dziecku, dlaczego ta zasada jest ważna. Można nawet z dzieckiem narysować najważniejsze z nich i powiesić w widocznym miejscu, aby i dziecko i rodzice mogli się do nich odwołać. Oczywiście zdarzają się sytuacje, że te ustalenia musimy zmienić. Na przykład w obecnej sytuacji plan dnia się zmienił. Dziecko nie chodzi do przedszkola, mama, tata lub mama i tata są w domu, nie można iść na plac zabaw. Jednak ważne, żeby wcześniej dziecku wytłumaczyć, dlaczego ta, czy inna zasada zmieniła się, sprawdzić, czy dziecko rozumie i odpowiedzieć na wszystkie jego wątpliwości. Gdy już mamy zasady, to ważne, abyśmy starali się je realizować. I to nie chodzi tylko o wypełnianie ich przez dziecko, ale też przez nas. Na przykład, gdy ustalona została zasada, że po obiedzie przez godzinę tata bawi się z dzieckiem.

W słuchowisku tata słoń po ustalonych 15 minutach i zakończeniu się trwającej bajki wyłączył telewizor. Zrozumiałe, że słonik był zły na sytuację, na tatę. On chciał oglądać kolejną bajkę, a tata mu to uniemożliwił. To ważny moment w relacji rodzic-dziecko. I to rodzic musi zapanować nad swoim zdenerwowaniem i spokojnie, z życzliwością zareagować. Kocham Cię, ale nie zgadzam się, abyś tak reagował. Rozumiem, że to cię zezłościło. Spróbuj jednak mi to inaczej powiedzieć (np. gdy dziecko nas obraża). Słonik zły poszedł do swojego pokoju wyobrażając sobie, że kupi sobie telewizor, a nawet wiele telewizorów. To wyobrażenie uspokoiło go i pozwoliło poczuć, że brakuje mu rodziców, więc poszedł do nich. Tata zareagował jak Supertata – przyjął przeprosiny i wiedząc, że dla słonika ważna jest bajka o Superwężu, zaczął z synkiem zabawę w wyobrażanie sobie, co w tej bajce mogłoby się wydarzyć, jak wąż mógłby poradzić sobie z Glutoglistą, jakie pułapki mógłby wymyślić. Synkowi bardzo spodobała się ta zabawa i nawet z własnej inicjatywy pobiegł po kredki i kartkę, aby narysować to, co wspólnie z tatą wymyślili.

Sama  mam takie spostrzeżenia, że zabawa, w której uruchamiamy wyobraźnię dziecka, może być świetnym doświadczeniem i to nie tylko dla dziecka, ale też i dla nas. Dzięki zabawie w wyobrażanie sobie, dziecko wzmacnia swoją wewnętrzną siłę, czuje, że może mieć wpływ na zabawę, że jego pomysły są tak samo ważne jak rodzica, że to ono może pokierować naszą zabawą, że to, czego pragnie, może zrealizować „na niby”. Dla nas, rodziców, towarzyszenie dziecku w zabawie w wyobrażenia to okazja, aby lepiej poznać świat dziecka – co dla niego ważne, co go interesuje, jakie są jego marzenia. Również wspólne podążanie za sobą nawzajem sprzyja odczuwaniu bliskości dziecka z rodzicem. I, co ważne – zabawa w wyobrażanie sobie może nie mieć końca. Zabawki, nawet te najdroższe, szybko potrafią się znudzić. Opowiadanie historyjek, udawanie różnych postaci, różnych sytuacji, kontynuowanie ulubionej bajki przez wymyślanie losów bohaterów, to jak „nie kończąca się opowieść” – zawsze może mieć dalszy ciąg lub, za pomocą zaczarowanych czapek, butów, może przenieść dziecko i jego rodziców do zupełnej innej krainy – na przykład do samolotu, którym polecimy na safari, aby zobaczyć ulubione przez dziecko zwierzęta. Wyobrazić możemy sobie wszystko – gdy dziecko tęskni za przedszkolem, możemy zaproponować mu zabawę w przedszkole, zostawiając mu do wyboru, czy chce być przedszkolakiem, razem z misiem i zającem, czy chce być panią przedszkolanką.

Wyobraźnia nie ma granic, a wspólne uczestniczenie w świecie wymyślonym to wspólne doświadczenie bycia razem z dzieckiem. A takie chwile są bezcenne.

W czasach pandemii, kwarantanny, pracy zdalnej z dziećmi wokół, wzmożonych trosk o bliskich, o siebie, o finanse – i tu już przestaję wymieniać, choć wszyscy wiemy, że lista mogłaby być bardzo długa – przeżywamy sporo negatywnych emocji. Boimy się, frustrujemy, złościmy, smucimy, a dla wielu z nas uciążliwym emocjonalnym tłem jest stale towarzyszący, trudno uchwytny, momentami wręcz nudny w swej uporczywej obecności – niepokój. Czasem staramy się go ignorować, czasem – zaprzeczać jego istnieniu („No przecież nic takiego się nie dzieje, jest w porządku…”), jednak najskuteczniejszym sposobem na poradzenie sobie z nim jest… przeżywanie go i godzenie się z tym, że ten niepokój z nami jest. Paradoksalnie – wtedy właśnie mamy największe szanse na to, że nasz niepokój się zmniejszy.

Dzielenie się strachem, ale także innymi trudnymi emocjami – zaniepokojeniem, poirytowaniem, czy przygnębieniem, wymaga przyznania, że one wszystkie są, że nam się przydarzają, że właśnie trwają, czyniąc nasz wewnętrzny świat mniej przyjemnym miejscem, niż byśmy sobie tego życzyli. Kiedy rodzice Słonika mówią o strachach, że tak naprawdę ich nie ma – ani czarownic, ani wampirów, ani potworów wszelkiej maści, to nie działa, bo to trochę brzmi tak, jakby cała słonikowa rodzina zmagała się z trudnymi emocjami, mówiąc sobie zarazem, że nie, nic się nie dzieje, nie ma się czego bać. A takie mówienie zazwyczaj nie pomaga. Jest jak zamiatanie trudnych uczuć i tematów pod dywan, jak zamykanie negatywnych odczuć w sobie – tak, że, „zakorkowane”, nie mogą wydostać się na zewnątrz. Mówimy, że ich nie ma, chcielibyśmy, żeby ich nie było, a one tymczasem ciągle są.

W dziecięcym świecie przybierają postać wyobrażonego potwora spod łóżka lub z szafy. Czasem ten wyobrażony strach jest tak wyrazisty w dziecięcym umyśle, że kilkulatek potrafi nam go dokładnie opisać, a nawet narysować! W dorosłym świecie taki wyraźnie wyobrażony stwór występuje rzadziej. Czasem może się pojawić w formie koszmarnego snu. Czasami dorośli pomagają sobie w radzeniu sobie z trudnymi emocjami – zwłaszcza z lękiem – czytając lub oglądając straszne opowieści. Po obejrzeniu horroru to już nie jest irracjonalny lęk (tak irracjonalny, ze aż wstyd się przyznać!), który trzyma nie wiadomo czemu. Dreszcz niepokoju w odpowiedzi na każdy szelest to wtedy spodziewany efekt obejrzanego dreszczowca, znacznie bardziej „na miejscu”, niż ten irracjonalny niepokój nie-wiadomo-skąd. Od wieków opowiadamy sobie straszne opowieści, które pomagają nam nie tylko w określeniu i nazwaniu tego, czego się boimy, lecz także we wspólnym przeżywaniu lęku, które to wspólne przeżywanie przynosi ukojenie, spokojny sen i następujący po nim nowy dzień.

To właśnie dzieje się w rodzinie Słonika – dzięki temu, że Słonik nie dawał się zbyć mówieniem, że nie ma czarownic, gdy czuł, że niepokój wisi w powietrzu, dorośli w końcu przyznali – że się boją, że nieco się martwią, że mają swoje nie całkiem dorosłe sposoby radzenia sobie z tym (jak na przykład coraz głośniejsze mówienie Taty). Mogli to wypowiedzieć i poczuć razem. I wtedy stało się coś niezwykłego – kiedy każdy z tych przestrachów został nie tylko doświadczony, lecz także wypowiedziany i przyjęty przez pozostałych domowników, nie tylko Słonik, lecz także jego rodzice poczuli ulgę i w końcu smacznie zasnęli.

Ta mądra bajka pokazuje nam, że my, rodzice, możemy się od swoich dzieci sporo nauczyć. Korzystajmy z ich czułego barometru uczuć – gdy mówią nam, że pod ich łóżkiem czai się stwór, to – poza tym, że przytulimy i zapalimy lampkę, zastanówmy się przez chwilę – może to nasze trudne emocje tworzą w domu napiętą atmosferę – a jeśli tak, to czego potrzebujemy, by znaleźć ukojenie?

Okres wymuszonej izolacji z powodu pandemii przedłuża się. Dłuży się on większości dorosłych, jest więc zatem w pełni zrozumiałe, że z perspektywy kilkulatka świat „stoi na głowie” już całą wieczność, a na dodatek końca nie widać. Wszak oczekiwanie, że „na wiosnę pewnie będzie już zwyczajniej”, którym poprawia sobie humor wielu dorosłych, jest dla kilkulatka opisem czegoś, czego jeszcze nie ma, co nie wiadomo, czy nastąpi, a jeśli nawet nastąpi, to w niemal niewyobrażalnie odległej perspektywie. Kilkulatek reaguje na to, co jest teraz, a teraz są ciągłe zakazy. Nie wolno uściskać przedszkolnego kolegi na przywitanie, nie wolno iść do ulubionej kawiarenki z pysznym ciastem i super placem zabaw dla dzieci, nie wolno zaprosić innych dzieci do siebie, ani iść w odwiedziny. Przedszkole jest pozbawione wielu zabawek, a na dodatek wpisuje się w listę przeróżnych „nie wolno” – choćby zakazem przyniesienia ulubionej przytulanki.

Szczęśliwie, teraźniejszość kilkulatka to także możliwość uczestniczenia w kierowanej wyobraźnią zabawie – wprawdzie zabawek w przedszkolu jest mniej, jednak te, które są, także znakomicie nadają się do zbudowania fortecy, czy urządzenia wyścigu. Wciąż wyjście na przedszkolny plac zabaw może oznaczać fantastyczną zabawę w chowanego, czy w berka, a wspólne malowanie i lepienie może owocować pracami, które kilkulatek z dumą opisze rodzicowi. Koncentracja na bieżącej chwili niesie zatem ze sobą olbrzymie plusy – w odróżnieniu od dorosłego, który może martwić się i niepokoić pandemiczną rzeczywistością całkiem długo, kilkulatek złości się i smuci w bezpośredniej reakcji na ograniczenia, a za moment może w pełni korzystać z tego, co dana sytuacja ma do zaoferowania.

Warto potraktować tę właściwość przetwarzania informacji przez kilkulatka jako potężny zasób, zachęcając go do tego, by eksplorował świat i angażował się zabawę w taki sposób, jaki aktualnie jest możliwy. Pomimo zakazu zabrania do przedszkola Pana Rekinka i mimo niemożności pobawienia się z koleżanką z sąsiedniej grupy, Słonik przeżywa w przedszkolu intersujący, bardzo atrakcyjny dzień. Relacje bez uścisków wciąż przecież pozostają relacjami – babcia Hipcia, mimo pozbawionego przytulenia powitania, z uznaniem komentuje to, że Słonik niezwykle szybko rośnie – nazywa go „panem Słoniem”, na co Słonik odpowiada radością i dumą. Mama Słonika pozwala mu przeżywać złość i smutek w odpowiedzi  na ograniczenia aktualnej rzeczywistości, a zarazem podkreśla to, że przestrzeganie obowiązujących teraz zasad to właśnie aktywności, za pomocą których dbamy o siebie nawzajem i walczymy z niewidocznym gołym okiem nieprzyjacielem, jakim jest wirus.

Korzystanie z okazji do eksploracji i zabawy, a przy tym akceptowanie emocji dziecka – zwłaszcza tych negatywnych, i przedstawianie ich jako naturalnych reakcji na sytuację, w jakiej jesteśmy („Tak, ja też nie lubię tych zakazów”) oraz podkreślanie konkretnych sposobów budowania poczucia sprawczości („Myjemy ręce, nosimy maseczki, zachowujemy dystans”) to skuteczne metody wspierania kilkulatków w radzeniu sobie z aktualną, najeżoną ograniczeniami rzeczywistością. Warto przy tym zwrócić uwagę na formę, w jakiej formułujemy obowiązujące teraz zasady. „Nie przynosimy zabawek do przedszkola”, „Nie przytulamy się na przywitanie”, „Nie przychodzimy do przedszkola zakatarzeni” – to komunikaty, które łączą się w dziecięcym doświadczeniu w jedno wielkie, nieprzyjemne „Nie wolno”. „Niczego mi teraz nie wolno!” – to reakcja wielu dzieci, łącząca się z takimi uczuciami, jak złość, frustracja, czy smutek. Warto zatem – tak, jak mama Słonika, zadbać o pozytywny wydźwięk przekazywanych dziecku zasad. „Teraz dbamy o siebie nawzajem i walczymy z wirusem – jesteśmy bohaterami!”, a konkretnie: „W przedszkolu bawimy się tylko przedszkolnymi zabawkami”, „Witamy się machając do siebie”, „Idziemy do przedszkola, gdy jesteśmy zdrowi” – to tylko przykłady pozytywnych przeformułowań. Stosujmy takie przeformułowania tam, gdzie to możliwe. Dzięki temu będziemy zmieniać zakazy w sposoby radzenia sobie w aktualnej sytuacji – taka zmiana ma znaczenie dla dziecięcego samopoczucia.

Wieczory z kilkulatkiem bywają trudne. Widać to wyraźnie na przykładzie tego, co dzieje się w domu Słonika. Rodzice są zmęczeni po całym dniu i wprost proszą Słonika o współpracę przy wieczornym rytuale mycia i kładzenia się spać. Słonik tymczasem prosi o jeszcze jedną i jeszcze jedną chwilę zabawy. W takich momentach w rodzicu może pojawić się pokusa, by potraktować kilkulatka po partnersku i wejść z nim w rodzaj umowy – „Dobrze, daję ci jeszcze pięć minut zabawy, ale za to, gdy minie czas, ty bez marudzenia sprzątniesz zabawki i pójdziesz ze mną do łazienki”. Maluch zazwyczaj ochoczo przystaje na te warunki, po czym… kompletnie nie wywiązuje się z zawartej umowy. Gdy czas mija, dziecko marudzi w najlepsze, próbuje wybłagać kolejne chwile zabawy, ignoruje rodzicielskie odwoływanie się do zawartego przed chwilą kontraktu i rozkręca się w zabawie, by wreszcie uderzyć w płacz lub wpaść w atak złości. Najwyraźniej wieczorne ostatnie chwile zabawy nie są momentem, w którym warto traktować kilkulatka po partnersku, podążać za zgłaszaną przezeń potrzebą („Jeszcze chwilę, proszę!”) i umawiać się na przedłużenie zabawy w zamian za współpracę przy kładzeniu się spać. „O co chodzi z tymi wieczorami?” – może zacząć zastanawiać się w tym momencie rodzic. „Przecież zazwyczaj zawieranie umów z moim dzieckiem znakomicie działa, skąd zatem te wieczorne konflikty?”.

By spróbować odpowiedzieć na powyższe pytanie, zacznijmy od skupienia się na tym, jak kilkulatek postrzega czas. Liczy się teraźniejszość – dziecko nie potrafi tak sprawnie, jak dorosły, przewidywać, że za jakiś, określony czas, dana rzecz rozpocznie się lub zakończy. Stąd tak trudne są dla kilkulatka komunikaty w rodzaju „Do Świąt pozostały jeszcze cztery dni”. Cztery dni – co to znaczy? Toż to wieczność cała, jak sobie radzić z taką otchłanią dzielącą młodego człowieka od wyczekiwanych zdarzeń?! Albo „Poczekaj jeszcze chwilę, za pół godziny skończę pracować i będziemy się mogli pobawić”. Pół godziny znaczy dla kilkulatka tyle, co „nie teraz”, a skoro nie teraz, to właściwie wcale. Dlatego właśnie w komunikacji z kilkulatkiem warto odnosić się do konkretów naturalnie wyznaczających pory określonych zdarzeń. Na przykład – „Przyjdę po ciebie po obiedzie”. Tu – choć w dalszym ciągu kilkulatek mierzy się z koniecznością znoszenia mało satysfakcjonującego „teraz”, może on budować w sobie oparte na czymś znanym, przewidywalnym i konkretnym oczekiwanie dotyczące tego, że sytuacja w możliwym do przewidzenia momencie zmieni się na korzyść. Wróćmy jednak do wieczorów.

Dlaczego właśnie wieczór bywa tym trudnym momentem, w którym pociecha – niczym nakręcona, coraz głębiej wpada w wir zabawy i ani myśli zgodzić się na jej przerwanie? Komunikaty o tym, że jutro przecież też jest dzień, najczęściej kompletnie nie działają. Na dodatek zjawisko to zazwyczaj wzmaga się wtedy, gdy właśnie mamy za sobą szczególnie miły i obfitujący w atrakcje dzień i mogłoby się wydawać, że kilkulatek powinien być już zaspokojony w swej potrzebie angażowania się w fascynujące go aktywności i tym bardziej powinien współpracować w sprawie kładzenia się spać.

„No jak to?! Tyle przyjemności, zabaw i atrakcji, a ty teraz wrzeszczysz, że nie idziesz spać – to zupełnie nie fair!” – może sobie wówczas myśleć dorosły. W takich momentach możemy mieć poczucie, że gdybyśmy pozwolili dziecku postępować dokładnie zgodnie ze zgłaszanymi przezeń potrzebami („Jeszcze chwilkę, jeszcze się bawię, jeszcze tylko skończę budować!”), to w końcu padłoby ono bezwładnie, zasnąwszy wśród rozrzuconych zabawek, z rączką w misce z pysznościami i najlepiej z włączoną w tle bajką. Dorosły dobrze wie, że jeśli na to pozwoli, to czeka go konfrontacja ze zmęczonym, marudzącym, zapłakanym kilkulatkiem, który już na nic nie ma sił i w żadnej sprawie nie tylko nie chce, lecz także nie może współpracować. Co to wszystko oznacza? Jak to rozumieć? Dlaczego, zwłaszcza po bardzo miłym, obfitującym we wrażenia dniu, nasza pociecha zamiast szykować się do snu, wymyśla coraz to nowe powody do tego, by bawić się dalej?

Próbując odpowiedzieć na te pytania, można spojrzeć na wieczór właśnie przez pryzmat tego, jak kilkulatek postrzega czas. Liczy się TERAZ. Jeśli więc to, co dzieje się teraz, jest atrakcyjne (czy to wieczorna bajka, czy miła wizyta u kolegi, czy zabawa z dorosłym), zaczyna obowiązywać zasada „Trwaj, chwilo!”, czy też, jak kto woli, „Żyj tak, jakby nie było jutra”. No właśnie. Nie ma jutra. Gdy ma się kilka lat, „jutro” jest abstrakcyjne i trudne do objęcia umysłem. To TERAZ się bawimy i jest fajnie, bawmy się więc dalej! Kilkulatkowi bardzo, ale to bardzo trudno jest przełączyć się na myślenie o tym, że zabawa będzie mogła być kontynuowana… rano. Tymczasem kilkulatkowe zasoby (energetyczne, uwagowe, a także zdolność do samodzielnego – na miarę dziecka w tym wieku – regulowania poziomu pobudzenia) wyczerpują się z minuty na minutę. Chęć kontynuowania zabawy nie słabnie (a nawet wzrasta w obliczu nieuchronnie zbliżającego się wieczornego rytuału kładzenia się spać, o czym zresztą zazwyczaj dorosły nieubłaganie przypomina), natomiast siły niezbędne do tego, by bawić się dalej, kurczą się z każdą chwilą. Jakież to potrafi wywoływać napięcie! Tak bardzo chcę, i tak bardzo mi nie wolno, a zarazem – tak bardzo mi trudno! Nic zatem dziwnego, że w kilkulatku pojawiają się wówczas silne negatywne emocje, nad którymi dziecko nie jest w stanie zapanować. Frustracja, złość, rozżalenie i rozczarowanie, a przy tym determinacja – tak właśnie możemy rozumieć doświadczenie dziecka, które w nagłym wieczornym przypływie energii miota się pośród zabawek. Dlatego właśnie umowy w rodzaju „W porządku, jeszcze pięć minut, ale później sprawnie sprzątasz zabawki i idziesz się myć” nie mają szansy zadziałać. Dziecko wprawdzie zgłasza chęć dalszego bawienia się, a zmęczony dorosły może – chcąc zyskać jeszcze moment spokoju – ulegać prośbom o przedłużenie czasu zabawy, jednak – jak widać na przykładzie rodziny Słonika, zazwyczaj jest to droga ku wybuchowi konfliktu. Sednem sprawy jest bowiem to, że dziecko – choć bardzo chce przedłużyć atrakcyjny moment – nie ma już sił na dalszą aktywność, a zarazem samo nie potrafi tego stanu rozpoznać i adekwatnie nim zarządzić.

Bardzo ważne jest wówczas to, by dorosły wsparł kilkulatka – tak jak wtedy, gdy maluch stłucze kolano i dorosły przytulaniem i słowami pociechy pomaga ukoić ból, tak i teraz rola dorosłego polega na tym, by adekwatnie odpowiedzieć na pierwszoplanową w tej chwili potrzebę dziecka, oferując tym samym pomoc w regulacji poziomu napięcia. Spokojnie, życzliwie i konsekwentnie zarazem pomóżmy młodemu człowiekowi przygotować się na stratę atrakcyjnego TERAZ. „Wiem, że to bardzo ciekawa zabawa i jednocześnie – jest już późno, więc pora ją kończyć”. Przyjmijmy falę niezadowolenia – oczywiście, to jest (i ma prawo być) bardzo nieprzyjemne, gdy trzeba kończyć tak fantastyczną zabawę w takim właśnie momencie. Dorosły nie musi dziecięcemu niezadowoleniu zaradzić – wcale nie chodzi tu o to, by pocieszać dziecko, lecz o to, by spokojnie przyjąć jego żal, czy złość. „Przykro ci, że pora iść spać, rozumiem. Mnie też jest przykro, gdy coś, co lubię, się kończy”. Jeśli to możliwe – pomóżmy kilkulatkowi zbudować perspektywę kontynuowania tej zabawy w przyszłości – tak, jak robi to Mama Słonika. Spokojnie, a zarazem miło i konsekwentnie, pomaga synkowi w zaparkowaniu wyścigówek w miejscu, gdzie na pewno zaczekają do poranka. Mama podsuwa Słonikowi możliwe do zastosowania rozwiązanie trudności – skoro chcę bawić się dalej i teraz nie mogę tego robić, to w jaki sposób mogę sobie z tym poradzić? To, że Mama akceptuje niezadowolenie Słonika, a zarazem proponuje wyjście, które uwzględnia potrzeby dziecka, wpisując ich realizację w ramy obowiązujących w domu zasad – przynosi skutek w postaci znacznie spokojniejszego wieczoru. Wymyślenie rozwiązania nie wydaje się tu jednak kluczem do osiągnięcia tego efektu. Tym, co najważniejsze, jest bowiem spokojne akceptowanie emocji dziecka połączone z konsekwentnym zadbaniem o realizację tej jego potrzeby, której dziecko nie umie jeszcze nazwać i wyrazić, a którą jest potrzeba regeneracji sił po długim okresie wzmożonej aktywności. Tego rodzaju wsparcie ze strony dorosłego doprowadzi w którymś momencie (choć zupełnie nie wiadomo, kiedy ten moment nastąpi) do tego, że dziecko, nawet po bardzo atrakcyjnym dniu, będzie potrafiło samo zauważyć: „Już późno – chce mi się spać”.

„Ja w jego wieku potrafiłem godzinami bawić się zabawkami zrobionymi z najprostszych rzeczy. Miałem zaledwie kilka samochodzików i każdy z nich traktowałem jak swój skarb. Ba! Sam umiałem robić różne fantastyczne rzeczy do zabawy, wystarczyła odrobina wyobraźni. A moje dziecko ma pokój pełen kolorowych, niesamowitych zabawek – klocków, pojazdów, robotów, misiów – mnóstwo tych rzeczy jest na pilota, na baterie, gra i buczy – ile ja bym dał za taki pokój  z zabawkami, gdy sam byłem dzieckiem! Tymczasem moje dziecko wcale nie umie się tym wszystkim bawić, kolejne zabawki po chwili idą w kąt, a moja pociecha wciąż dopytuje tylko o to, kiedy dostanie kolejną rzecz…” – to refleksja, pod którą mogłoby podpisać się wielu rodziców kilkulatków. Szczególnie trudnym momentem bywają święta, czy urodziny – gdy młody człowiek, niemal zasypany prezentami, wcale się z nich nie cieszy. Przeciwnie – po rozpakowaniu wszystkich wydaje się rozczarowany lub znudzony, albo marudzi o kolejne prezenty – bo przecież nie dostał wszystkiego, o czym marzył. Dorośli mogą pomyśleć wtedy, że nie dość dobrze zbadali potrzeby dziecka – bardzo się starali, jednak prezenty nie są idealnie takie, jakich dziecko oczekiwało. Inni mogą z kolei poczuć zniecierpliwienie lub wręcz irytację i pomyśleć, że ich dziecko nie potrafi odpowiedzieć wdzięcznością na starania opiekunów, że jego postawa jest roszczeniowa i że powinno doświadczyć negatywnych konsekwencji swojego nieładnego zachowania.

Spróbujmy jednak zrozumieć, co może dziać się w wewnętrznym świecie malucha, który dostał tyle wspaniałości, tak bardzo czekał na ten moment, a teraz wcale nie jest zadowolony i w ogóle nie czuje satysfakcji. No właśnie – może faktycznie nie dostał tego o czym marzył! Uprzedzając zniecierpliwione riposty, jakie nam, dorosłym, mogą przychodzić do głowy w obliczu takiego przypuszczenia, zastanówmy się nad tym, o czym tak naprawdę mógł marzyć nasz kilkulatek, a także - co pomagało nam – gdy byliśmy dziećmi, cieszyć się z otrzymanych prezentów.

Historia Słonika pokazuje, że nie potrafił on cieszyć się ze swoich prezentów, dopóki był z nimi sam. Gdy rozpakował już wszystkie i nie zostało już nic do rozpakowania, domagał się… kolejnej rzeczy, którą mógłby rozpakować. Napędzane ciekawością rozpakowywanie kolejnych zabawek to proces, z którego końcem trudno się kilkulatkowi pogodzić. W zaakceptowaniu faktu, że oto wszystko już zostało rozpakowane i nie ma już więcej niespodzianek do odkrycia, dziecko potrzebuje wsparcia, polegającego na łagodnym przekierowaniu dziecięcej uwagi z odkrywania zawartości kolejnych paczek na nadawanie znaczenia temu, co zostało już w owych paczkach odkryte. Tego właśnie dokonuje Mama Słonika, kiedy zaczyna zajmować się nowymi zabawkami razem z nim. Wcześniej równie dobrze mogłyby one być kolejnymi numerami z listy: pluszowy smok – jest, klocki – są, spycharka – jest, i tak dalej. Nowo otrzymane zabawki mogły zacząć cieszyć Słonika dopiero wtedy, gdy udało się nadać im znaczenie, innymi słowy – ożywić je.

Przy użyciu wyobraźni Słonik zaczął budować historię – taką, w której smok ma imię, doświadcza różnych perypetii i wraz z innymi zabawkami bierze udział w angażujących Słonika przygodach. Słonik układał tę ekscytującą opowieść zainspirowany pytaniem i niewielką zachętą ze strony Mamy. To właśnie – emocjonująca opowieść, dzięki której otrzymane zabawki ożyły – sprawiło, że były to najlepsze urodziny w życiu. I to właśnie jest tym, o czym tak naprawdę marzy kilkulatek. Domaga się figurki ulubionego bajkowego bohatera wraz z całą scenerią i wyposażeniem, albo zaawansowanego technologicznie zestawu do zabawy nie po to, by je rozpakować i samotnie „zająć się nimi” (jak czasem, zupełnie nietrafnie, wyobrażają sobie dorośli), lecz po to, by dzięki wymarzonej zabawce przeżywać fascynujące przygody.

W przygodach tych bajkowy bohater (z wyposażeniem) czy zestaw do gry są jedynie zastępowalnymi rekwizytami – niczym poszczególne składniki wspaniałego dania, które bez nadania im smaku przez wprawnego mistrza kuchni pozostaną jedynie mało atrakcyjnym zbiorem produktów spożywczych. W każdym kilkulatku drzemie mistrz wyobraźni, który – przy życzliwej obecności kogoś bliskiego i niewielkiej, zazwyczaj, zachęcie, umie z otrzymanych zabawek zbudować fascynujący świat, na długo dostarczający mu satysfakcji i radości. To nasza – dorosłych, rola, by pomagać dzieciom w odkrywaniu i rozwijaniu tej niezwykłej kompetencji.

Monika Tarnowska, terapeutka, koordynatorka Poradni Zdrowia Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży Intra

Konflikty między dziećmi na placu zabaw to źródło napięć nie tylko dla dzieci, lecz także dla towarzyszących im dorosłych. Jak zareagować, kiedy się włączać? Do czego zachęcać zwaśnione strony? W jaki sposób później rozmawiać o tym, co zaszło? Tego rodzaju pytania przychodzą nam do głowy, gdy nasza pociecha angażuje się w konflikt z innym dzieckiem. Często czujemy się wówczas obciążeni odpowiedzialnością za to, by zareagować w taki sposób, aby skłócone dzieci nie tylko rozpoznały własne sprzeczne z zasadami zachowania i potrafiły za nie przeprosić, lecz także – aby umiały później zgodnie bawić się razem. Co jednak, gdy to okazuje się niemożliwe?

Zacznijmy od samej sytuacji konfliktu. W przygodzie Słonika obie mamy podeszły do skłóconych dzieci, zaalarmowane niezgodnym z zasadami zachowaniem (przezywaniem) oraz płaczem. Mama Słonika zachowała spokój i życzliwe nastawienie do synka – pomimo tego, że to on prezentował niemiłe zachowanie. To bardzo ważne, byśmy my – dorośli, każdorazowo brali pod uwagę perspektywę każdego z dzieci. Ten, kto płacze, zapewne poczuł się urażony, albo się przestraszył. Czasami jednak ten, kto płacze, wie, że podkreślanie własnej krzywdy („on mnie przezywa!”) może odwrócić uwagę dorosłych od tych własnych zachowań, które wywołały niemiłą reakcję drugiego dziecka. Mama Słonika zauważa zarówno, to, że przezywanie jest niezgodne z zasadami („nie można nikogo przezywać, to jest niemiłe”) i wymaga przeproszenia, jak i to, że nie można własną zabawą zabierać możliwości zabawy drugiej osobie. W sytuacji konfliktu często odpowiedzialność za konflikt rozkłada się między jego stronami – wtedy, gdy tak się dzieje, ważnym jest, by dorośli potrafili to zauważyć, nazwać i zaproponować odpowiednie kroki każdej ze zwaśnionych stron.

Kiedy już udało się adekwatnie zareagować na konfliktową sytuację, powstaje pytanie o to, co dalej. „Nie lubię jej, nie będę się z nią bawiła!” – możemy czasem usłyszeć od kilkulatka. W przygodzie Słonika właśnie tak się dzieje – zarówno Słonik, jak i Wilczek, wcale nie mają ochoty na to, by bawić się wspólnie. Kiedy przyglądamy się własnym doświadczeniom w relacjach z ludźmi, możemy zauważyć, że, faktycznie – czasem spotykamy na swej drodze kogoś, z kim nie mamy ochoty współpracować, ani nawet rozmawiać. Często zachowujemy wówczas preferowany przez siebie dystans, nie naruszając zarazem ogólnie przyjętych norm. Skoro nasze relacje z osobą, która nie budzi w nas sympatii, mogą wyglądać tak, że mówimy sobie „dzień dobry”, jednak nie wdajemy się w dłuższą pogawędkę i nie planujemy wspólnego spędzania czasu, z jakiej racji kilkulatek miałby koniecznie bawić się z kimś, kogo nie lubi?

Jeśli po zażegnaniu konfliktu i podjęciu stosownych kroków (w przygodzie Słonika są nimi przeprosiny oraz ustalenie o nie przeszkadzaniu sobie nawzajem w zabawie) dzieci wcale nie mają ochoty bawić się wspólnie, nie warto ich do tego namawiać. Tego rodzaju namowy często przynoszą efekty odwrotne wobec zamierzonych – im bardziej namawiamy dziecko, by pobawiło się z nielubianym kolegą, tym bardziej ono może (słownie lub swoim zachowaniem) demonstrować nam to, że wspólna zabawa to nie jest najlepszy pomysł. Dziecko – podobnie, jak dorosły – o ile przestrzega obowiązujących w danym miejscu norm, wcale nie musi „zgodnie bawić się ze wszystkimi”. Ma ono prawo do tego, by bawić się z tymi osobami, z którymi chce angażować się we wspólne aktywności, ucząc się zarazem tego, że dzielące nas różnice są w porządku, że mamy prawo do odmiennych preferencji, a świat jest dość duży, byśmy koegzystowali nie przeszkadzając sobie nawzajem. Wcale nie musimy bawić się z kimś, kto proponuje zabawy, które nam się nie podobają i wcale nie trzeba upodabniać się do siebie nawzajem. Jeśli ja lubię szybką jazdę na karuzeli, a ktoś inny – bardzo lubi kręcić się pomalutku, to oznacza to tylko tyle, że korzystamy  z karuzeli osobno – każdy tak, jak lubi.

Paradoksalnie – właśnie przyzwolenie na to, by dziecko nie chciało bawić się ze wszystkimi rówieśnikami z placu zabaw, może w dłuższej perspektywie czasowej prowadzić do wyższego poziomu gotowości dziecka do tego, by do wspólnej zabawy zapraszać także te dzieci, które prezentują zupełnie różne preferencje. Skoro bowiem nie musimy zgodnie razem się bawić, to – kto wie, może któregoś dnia uznamy, że pobawienie się razem to dobra myśl, a z dzielących nas różnic uczynimy uzupełniające się nawzajem zasoby, uatrakcyjniające wspólną zabawę. Jednak tylko pod warunkiem, że nie musimy – bo, jeśli musimy, to – wiadomo – nie chcemy.

Monika Tarnowska, terapeutka, koordynatorka Poradni Zdrowia Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży Intra

„Przecież to dla twojego dobra!” – to refren często towarzyszący znienawidzonym przez dzieci czynnościom. Listy owych czynności bywają bardzo długie, są także w pełni zindywidualizowane – dla jednego dziecka obcinanie paznokci jest jednym z podstawowych koszmarów codzienności, dla innego – to żaden kłopot, natomiast mycie głowy – to dopiero paskudna perspektywa! Wizyta u dentysty jest z kolei dość uniwersalna - u wielu dzieci plasuje się na wysokim miejscu listy nieprzyjemności, jakich dziecko doświadcza ze strony dorosłych dla własnego dobra. „Własne dobro” jest tu pojęciem problematycznym – z jednej strony adekwatnie odzwierciedla dobre intencje dorosłych, z drugiej – nie stanowi trafnego opisu doświadczenia dziecka.

Podobnie, jak w innych sytuacjach, w których dziecko słyszy coś, co nie pasuje do jego doświadczeń (odczuć, przekonań, myśli, intencji…), także i w tym przypadku na słowa „To dla twojego dobra!” wiele dzieci reaguje niepokojem i sprzeciwem. Rodzic z kolei może poczuć się bezradny i próbować – tak, jak początkowo czynią to rodzice Słonika – sięgać po różne argumenty uzasadniające konieczność wykonania niechcianej przez dziecko czynności. Mamy tu całe spektrum argumentów – od porównań z innymi („wszyscy obcinają paznokcie, dzieci z twojego przedszkola również i nikt nie robi takiej afery”), poprzez obietnice komfortu w przyszłości („będzie ci wygodniej”), aż po zaprzeczanie doświadczeniu („obcinanie paznokci nie boli, nawet tego nie poczujesz” – a przecież dziecko doskonale wie, że obcinanie paznokci to coś, co trochę łaskocze, czasami gdzieś zakłuje, wymaga bezruchu – krótko mówiąc, na pewno nie jest czymś, czego kilkulatek nie poczuje!). Wszystkie te argumenty łączy jeden podstawowy szkopuł – kompletnie nie odzwierciedlają one doświadczenia dziecka – jak zatem można byłoby im zaufać?

Na koniec na scenie paznokciowych negocjacji pojawia się… prezencik w nagrodę za przyzwolenie na nielubianą czynność. Słonik początkowo daje się namówić, po czym – okazuje się, że ten sposób także nie działa. Ciężko bowiem zgodzić się na zrobienie czegoś tak kompletnie wbrew sobie – nawet, jeśli można za to otrzymać nagrodę. Wtedy właśnie następuje zwrot akcji – Mama Słonika wycofuje presję („W takim razie nie obcinajmy dziś paznokci”), po czym buduje warunki, w których Słonik w końcu może nieco skonkretyzować sobie to, co oznacza to abstrakcyjne i puste dotychczas z perspektywy Słonika określenie „będzie ci wygodniej” (czy, w wersji bardziej jeszcze abstrakcyjnej – „To dla twojego dobra!”). Mama Słonika konkretnie i obrazowo – a więc w sposób dopasowany do tego, w jaki sposób dziecko przetwarza informacje – mówi o tym, co się stanie, jeśli Słonik nie obetnie paznokci. „Będziesz chodził z coraz dłuższymi paznokciami (…) zaczną ci przeszkadzać, zadzierać się, będzie ci ciasno w bucikach…” – to jest coś, co kilkulatek może sobie wyobrazić i co zdecydowanie nie brzmi, jak korzystna perspektywa. „Ale trudno, jeśli tak wolisz, nic na to nie poradzimy.” – dodaje Mama. To bardzo ważne, że Mama Słonika wycofuje presję. Nakładanie presji na dziecko, zwłaszcza w sytuacji, w której dziecko jest napięte, zazwyczaj wywołuje efekt dokładnie odwrotny względem zamierzonego. Wielu dorosłych mogłoby zgodzić się z tym, że w sytuacji niepokoju, czy dyskomfortu na słowa „Musisz i już!” miałoby ochotę wyjść i nigdy więcej już nie pojawiać się w okolicznościach, w których doświadczyli takiego traktowania.

Konkretny opis przykrych konsekwencji zaniechania potrzebnej (i nieprzyjemnej!) czynności w połączeniu z komunikatem o tym, że dorośli nie zamierzają zmuszać do niej dziecka – to warunki, w których dziecko może doświadczyć spójności między przekazem z zewnątrz a własnym doświadczeniem (długie, zadzierające się paznokcie – to naprawdę nieprzyjemna perspektywa; mając ją na względzie można poczuć, że obcinanie paznokci faktycznie jest potrzebne) oraz, co bardzo ważne – dziecko może doświadczyć własnej sprawczości – oto bowiem to ono ma zadecydować o tym, czy nieprzyjemna czynność nastąpi, czy nie. Poczucie sprawczości buduje poczucie kontroli nad sytuacją, a to z kolei – sprzyja poczuciu bezpieczeństwa, kojąc napięcie towarzyszące przewidywaniu nieprzyjemnych zabiegów. Słonik korzysta z zaoferowanych mu przez Mamę warunków i – podążając za doświadczeniem sprawczości w trudnej sytuacji, określa własne zasady, na jakich może zgodzić się na nielubianą czynność.

Komunikat ze strony dorosłych, który potwierdza doświadczenie dziecka (np. „Wiem, że nie lubisz obcinania paznokci – to nieprzyjemne, że nie można się ruszać, a obcinanie trochę łaskocze i czasem zakłuje”) pomaga dziecku w wyrażeniu tego doświadczenia – określeniu pojawiających się w jego kontekście odczuć (np. „Boję się obcinania paznokci!”). Takie wspólne opowiadanie sobie o tym, jakie to doświadczenie jest, jak to jest - wiedzieć, że dziś czeka mnie ta nielubiana czynność – prowadzi do aktywizacji korowych struktur mózgu dziecka, odpowiedzialnych nie tylko za werbalizację doświadczenia, lecz także za regulację poziomu pobudzenia: rozmawianie o nieprzyjemnych odczuciach pomaga w kojeniu ich. Warto także przyznać, że odczucia dziecka są czymś naturalnym, że wiele osób ma podobnie (np. „Ja też mam takie rzeczy, których okropnie nie lubię – na przykład strasznie nie lubię rozczesywania włosów po myciu głowy. Moje włosy okropnie się plączą, a rozczesywanie ich, kiedy są mokre, jest bardzo nieprzyjemne”). Tego rodzaju komunikaty pomagają dziecku w akceptowaniu własnych negatywnych odczuć, co także sprzyja ich kojeniu (zupełnie wbrew potocznym obawom o to, że jeśli dorosły zauważy i z akceptacją przyjmie negatywne uczucia dziecka, to będą się one u dziecka nasilać). Wyobraźmy sobie sytuację, w której my sami odczuwamy lęk. Zazwyczaj komunikaty w rodzaju „Przecież nie ma się czego bać!” wcale nie pomagają. Z kolei słowa „Rozumiem, ze się boisz, też pewnie bym się bał w takiej sytuacji” potrafią zadziałać wspierająco i przez to stanowić pomoc w radzeniu sobie ze stawianiem czoła budzącym lęk okolicznościom.

Omówienie konsekwencji nie angażowania się w nielubianą czynność pozwala na zbudowanie wewnętrznej motywacji do tego, by uporać się z kłopotem. Dzieje się tak dlatego, że – gdy dokładnie znamy możliwe negatywne konsekwencje zaniechania, możemy zauważyć, że konsekwencje zaangażowania się w nielubianą czynność są mniej kosztowne od konsekwencji zaniechania jej. Powyższe spostrzeżenie stanowi doskonały punkt wyjścia do tego, by określić warunki, jakich potrzebujemy, by poradzić sobie z trudną sytuacją – polegającą, na przykład, na obcinaniu paznokci. Słonikowi pomógł Pan Rekinek, przyzwolenie na narzekanie, stękanie i jęki (a więc na wyrażanie negatywnych odczuć) i śpiewanie. Wszystko to nie uczyniło obcinania paznokci czymś przyjemnym – nielubiana czynność wciąż jest nielubianą czynnością, teraz jednak – dzięki odzyskaniu poczucia kontroli nad sytuacją i samodzielnemu określeniu warunków, na jakich czynność ta może się odbyć – obcinanie paznokci stało się czymś postrzeganym jako możliwe do zniesienia.

Reasumując – gdy nasze dziecko czeka jakaś nielubiana przez nie czynność, warto po pierwsze wycofać presję, a po drugie pomóc dziecku w dostrzeżeniu negatywnych konsekwencji zaniechania tej czynności oraz w określeniu jego własnych warunków, na jakich mogłoby się ono na te czynność zgodzić. Dziecięca świadomość, że potrafi ono stawić czoła trudnej sytuacji, jest niezwykle ważnym elementem procesu budowania poczucia sprawczości, pozytywnej samooceny oraz nadziei na sukces w obliczu przyszłych wyzwań. Nielubiane czynności są zatem trudną, a zarazem znakomitą okazją do budowania warunków, w których dziecko może rozwijać zasoby będące bardzo cennym wyposażeniem na przyszłość.

Monika Tarnowska, terapeutka, koordynatorka Poradni Zdrowia Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży INTRA

Kilkulatek, który chce mieć zwierzątko – psa lub kota, czasem konia, a czasem dziecięcy wybór pada na chomika, papużki lub inne zwierzę – to bywa nie lada wyzwanie dla rodzica. Doskonale przecież wiadomo, kto byłby odpowiedzialny za opiekę nad pupilem – wyprowadzanie na dwór, karmienie, pielęgnację, wizyty u weterynarza i, oczywiście, pokrywanie wszelkich związanych ze zwierzęciem kosztów.

Zdarza się tak, że dziecięca chęć posiadania zwierzaka sprzęga się z podobną potrzebą po stronie rodzica. Kiedy rodzic, po przeprowadzeniu racjonalnej analizy różnych „za” i „przeciw” uznaje, że rodzina może powiększyć się o pupila, to jest to z dziecięcej perspektywy uskrzydlająca wiadomość. Dalej pojawiają się zazwyczaj wspólne ustalenia dotyczące zasad traktowania zwierzęcia i różnych obszarów odpowiedzialności za jego samopoczucie. Proces ten może okazać się niełatwą, a zarazem ogromnie cenną lekcją pomagającą dziecku w rozwijaniu empatii, pewności siebie i odpowiedzialności. Spełnienie dziecięcego marzenia o zwierzątku nie zawsze jednak jest możliwe. Co wtedy? W jaki sposób można pomóc dziecku w poradzeniu sobie z tęsknotą za wymarzonym zwierzakiem i z rozczarowaniem towarzyszącym wieści o tym, że przyjęcie do rodziny pupila nie jest – w najbliższym czasie lub, z różnych względów, w ogóle – możliwe?

Przede wszystkim – warto porozmawiać z dzieckiem o jego marzeniu. W jaki sposób wyobraża sobie posiadanie zwierzęcia? Co dokładnie sprawia, że dziecko sądzi, że byłoby to fantastyczne doświadczenie? Nie zamykajmy tej opowieści uzasadniając ucinanie tematu tym, że realizacja marzenia nie jest możliwa. Czasem dorośli robią to w najlepszej wierze, obawiając się, że rozmowa o niespełnialnym marzeniu nasili tęsknotę, rozczarowanie, czy frustrację dziecka. Wręcz przeciwnie – to nieopowiedziana tęsknota, samotnie przeżywane rozczarowanie, nie wyrażana frustracja mogą utrzymywać się w dziecięcym doświadczeniu przez dłuższy czas. Nie znajdując ujścia, trudne emocje „zalegają”, negatywnie wpływając na samopoczucie.

Z drugiej strony – często opowiadanie o marzeniu – nawet wtedy, gdy marzenia tego nie można w danym momencie realizować – wiąże się z intensywnymi pozytywnymi uczuciami. Pomyślmy na przykład o dziecku, które interesuje się dinozaurami i marzy o tym, że w przyszłości wynajdzie sposób na podróżowanie w czasie, cofnie się do czasów, w których żyły dinozaury i będzie przeżywać z nimi fascynujące przygody. Możliwe? Nie. A jednak bez trudu możemy wyobrazić sobie to, z jakim entuzjazmem to dziecko mogłoby o tym opowiadać, z jakim zapałem mogłoby angażować się w zabawy na temat tego marzenia, a także jak ważne byłoby dla niego to, że jego najbliżsi uznają jego pasję – są gotowi o niej słuchać i na różne sposoby ją wspierać (już widzimy oczami wyobraźni tę kolekcję namalowanych dinozaurów, książki na ich temat, kubek z dinozaurem, etc.).

W przypadku marzenia o zwierzątku zasadniczą różnicą względem marzeń o dinozaurach i wehikule czasu jest to, że kilkulatek doskonale wie, że marzenia o posiadanych przez dzieci zwierzątkach jednak są możliwe do spełnienia. Jak zauważa Słonik – „Tolek ma swoją żabę, a Zebra podobno ma swoje myszki”. Tu zatem do nazwania i przeżycia jest to, że – z określonych powodów – w naszej rodzinie, niestety, pupila nie będzie. W takich okolicznościach warto stanąć po stronie dziecka – wyrazić akceptację i zrozumienie dla jego marzenia, a także to, że chcielibyśmy, by było ono realizowalne. Kiedy rodzic mówi np. „Bardzo chciałbym, żebyśmy teraz mogli mieć psa – to pewnie byłoby fantastyczne przeżycie móc bawić się z nim na spacerze!”, to daje dziecku sygnał, że samo marzenie jest jak najbardziej ważne i akceptowalne – to zewnętrzne okoliczności, a nie brak akceptacji dla marzenia, sprawiają, że go teraz nie realizujemy. Taki komunikat jest także doskonałym punktem wyjścia do rozmowy o tym, co dla dziecka jest w tym marzeniu najważniejsze, jak ono wyobraża sobie jego realizację – „A ty jak myślisz, co jeszcze można byłoby robić z psem?” / „Jak by to było? Opowiedz mi o tym!”. Możemy poprosić dziecko o narysowanie tego, jak sobie to wyobraża, możemy to ulepić, odegrać, możemy urządzić jakiś fragment wspólnej przestrzeni w sposób odzwierciedlający dziecięce marzenie.

Akceptacja i zainteresowanie ze strony rodzica pozwalają dziecku na wyrażanie tego, co dla niego ważne, a rodzicowi – na poznawanie wewnętrznego świata dziecka. Jedno dziecko będzie marzyć o przyjemności płynącej z podróżowania na końskim grzbiecie, inne – będzie marzyło o spędzaniu z własnym koniem czasu w stajni, czyszczeniu kopyt i zaplataniu grzywy. Jedno dziecko marzy o wspólnej ekscytującej przygodzie, inne kładzie w swym marzeniu nacisk na budowanie bliskiej relacji ze zwierzęciem. Wspólne odkrywanie tego, co zaciekawia, ekscytuje, inspiruje i przyciąga dziecko zacieśnia więź między rodzicem i dzieckiem, pozwala także na szukanie sposobów na to, by to, co dla dziecka istotne, mogło – w pewnym stopniu – zostać zrealizowane już teraz. Ważnym aspektem dziecięcych marzeń o zwierzątku jest bowiem to, że dotyczą one posiadania jakiegoś własnego świata. Słonik marzy nie tylko o wróbelku, lecz także o wspólnych z wróbelkiem zabawach i domku, do którego nikt inny nie mógłby wchodzić. To marzenie o świecie, który byłby niezależny od rodziców. Marzenia o posiadaniu zwierzęcia to także marzenia o bliskiej relacji, w której jest się kimś zupełnie wyjątkowym dla drugiej istoty.

Słonik dowiaduje się, że przygarnięcie do domu wróbelka nie jest możliwe. Zarazem – zwierza się mamie z marzenia o własnym domku pod drzewem, w którym mógłby spędzać czas z wróbelkiem. Okazuje się, że ten właśnie element marzenia Słonika można zrealizować – Słonik buduje z rodzicami własny domek, do którego wstęp ma tylko on i zaproszeni przez niego goście. Kontaktuje się zatem z tym, z czym nieraz jeszcze w przyszłości przyjdzie mu się skontaktować – z nieidealną rzeczywistością, łączącą w sobie elementy negatywne (marzenie o własnym wróbelku nie może zostać spełnione) i pozytywne (Słonik ma własny domek–bazę, w którym może bawić się z innymi dziećmi).

To, czego udaje się dokonać w tej słonikowej przygodzie, to zbudowanie własnego świata Słonika, o którym decyduje tylko on i ci, których Słonik tam zaprosi. To niezwykle istotna lekcja o życiu ucząca dziecko, że:

  • warto opowiadać innym o własnych odczuciach i potrzebach,
  • czasem okazuje się, że nasze marzenie nie może zostać spełnione – jest to nieprzyjemna, rozczarowująca okoliczność, z którą można się zmierzyć i którą można przeżyć,
  • w każdej – nawet trudnej, sytuacji można znaleźć takie rozwiązanie, które przyniesie nam nowe, pozytywne doświadczenia – warto zatem poszukiwać takich rozwiązań, gdy kontaktujemy się z rozczarowującymi ograniczeniami otaczającej nas rzeczywistości.

Powyższa lekcja to cenne wyposażenie na przyszłość, przydatne w bardzo wielu okolicznościach, w których rzeczywistość okazuje się nieidealna. Słonikowa przygoda to także podpowiedź dla rodziców, których dziecko marzy o zwierzątku – wsłuchajmy się w to marzenie i spróbujmy znaleźć w nim te aspekty,  które można spełnić w najbliższej przyszłości.

Monika Tarnowska, terapeutka, koordynatorka Poradni Zdrowia Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży Intra

X