Słonik i wieczór

Słuchowiska muzyczne „SŁONIK W DOMU” to cykl krótkich historii dla dzieci i rodziców opowiadających o NAS –TERAZ - stworzony przez Fundację Artstyczną Młyn. To historie o radzeniu sobie w czasach przymusowej izolacji, nieczynnych placówek i rodzicielskiej pracy z domu. 

Zapraszamy do przeczytania komentarza dr Moniki Tarnowskiej -  psychoterapeutki,  koordynatora  Poradnii Zdrowia Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży Intra, która jest patronem projektu.

Wieczory z kilkulatkiem bywają trudne. Widać to wyraźnie na przykładzie tego, co dzieje się w domu Słonika. Rodzice są zmęczeni po całym dniu i wprost proszą Słonika o współpracę przy wieczornym rytuale mycia i kładzenia się spać. Słonik tymczasem prosi o jeszcze jedną i jeszcze jedną chwilę zabawy. W takich momentach w rodzicu może pojawić się pokusa, by potraktować kilkulatka po partnersku i wejść z nim w rodzaj umowy – „Dobrze, daję ci jeszcze pięć minut zabawy, ale za to, gdy minie czas, ty bez marudzenia sprzątniesz zabawki i pójdziesz ze mną do łazienki”. Maluch zazwyczaj ochoczo przystaje na te warunki, po czym… kompletnie nie wywiązuje się z zawartej umowy. Gdy czas mija, dziecko marudzi w najlepsze, próbuje wybłagać kolejne chwile zabawy, ignoruje rodzicielskie odwoływanie się do zawartego przed chwilą kontraktu i rozkręca się w zabawie, by wreszcie uderzyć w płacz lub wpaść w atak złości. Najwyraźniej wieczorne ostatnie chwile zabawy nie są momentem, w którym warto traktować kilkulatka po partnersku, podążać za zgłaszaną przezeń potrzebą („Jeszcze chwilę, proszę!”) i umawiać się na przedłużenie zabawy w zamian za współpracę przy kładzeniu się spać. „O co chodzi z tymi wieczorami?” – może zacząć zastanawiać się w tym momencie rodzic. „Przecież zazwyczaj zawieranie umów z moim dzieckiem znakomicie działa, skąd zatem te wieczorne konflikty?”.

By spróbować odpowiedzieć na powyższe pytanie, zacznijmy od skupienia się na tym, jak kilkulatek postrzega czas. Liczy się teraźniejszość – dziecko nie potrafi tak sprawnie, jak dorosły, przewidywać, że za jakiś, określony czas, dana rzecz rozpocznie się lub zakończy. Stąd tak trudne są dla kilkulatka komunikaty w rodzaju „Do Świąt pozostały jeszcze cztery dni”. Cztery dni – co to znaczy? Toż to wieczność cała, jak sobie radzić z taką otchłanią dzielącą młodego człowieka od wyczekiwanych zdarzeń?! Albo „Poczekaj jeszcze chwilę, za pół godziny skończę pracować i będziemy się mogli pobawić”. Pół godziny znaczy dla kilkulatka tyle, co „nie teraz”, a skoro nie teraz, to właściwie wcale. Dlatego właśnie w komunikacji z kilkulatkiem warto odnosić się do konkretów naturalnie wyznaczających pory określonych zdarzeń. Na przykład – „Przyjdę po ciebie po obiedzie”. Tu – choć w dalszym ciągu kilkulatek mierzy się z koniecznością znoszenia mało satysfakcjonującego „teraz”, może on budować w sobie oparte na czymś znanym, przewidywalnym i konkretnym oczekiwanie dotyczące tego, że sytuacja w możliwym do przewidzenia momencie zmieni się na korzyść. Wróćmy jednak do wieczorów.

Dlaczego właśnie wieczór bywa tym trudnym momentem, w którym pociecha – niczym nakręcona, coraz głębiej wpada w wir zabawy i ani myśli zgodzić się na jej przerwanie? Komunikaty o tym, że jutro przecież też jest dzień, najczęściej kompletnie nie działają. Na dodatek zjawisko to zazwyczaj wzmaga się wtedy, gdy właśnie mamy za sobą szczególnie miły i obfitujący w atrakcje dzień i mogłoby się wydawać, że kilkulatek powinien być już zaspokojony w swej potrzebie angażowania się w fascynujące go aktywności i tym bardziej powinien współpracować w sprawie kładzenia się spać.

„No jak to?! Tyle przyjemności, zabaw i atrakcji, a ty teraz wrzeszczysz, że nie idziesz spać – to zupełnie nie fair!” – może sobie wówczas myśleć dorosły. W takich momentach możemy mieć poczucie, że gdybyśmy pozwolili dziecku postępować dokładnie zgodnie ze zgłaszanymi przezeń potrzebami („Jeszcze chwilkę, jeszcze się bawię, jeszcze tylko skończę budować!”), to w końcu padłoby ono bezwładnie, zasnąwszy wśród rozrzuconych zabawek, z rączką w misce z pysznościami i najlepiej z włączoną w tle bajką. Dorosły dobrze wie, że jeśli na to pozwoli, to czeka go konfrontacja ze zmęczonym, marudzącym, zapłakanym kilkulatkiem, który już na nic nie ma sił i w żadnej sprawie nie tylko nie chce, lecz także nie może współpracować. Co to wszystko oznacza? Jak to rozumieć? Dlaczego, zwłaszcza po bardzo miłym, obfitującym we wrażenia dniu, nasza pociecha zamiast szykować się do snu, wymyśla coraz to nowe powody do tego, by bawić się dalej?

Próbując odpowiedzieć na te pytania, można spojrzeć na wieczór właśnie przez pryzmat tego, jak kilkulatek postrzega czas. Liczy się TERAZ. Jeśli więc to, co dzieje się teraz, jest atrakcyjne (czy to wieczorna bajka, czy miła wizyta u kolegi, czy zabawa z dorosłym), zaczyna obowiązywać zasada „Trwaj, chwilo!”, czy też, jak kto woli, „Żyj tak, jakby nie było jutra”. No właśnie. Nie ma jutra. Gdy ma się kilka lat, „jutro” jest abstrakcyjne i trudne do objęcia umysłem. To TERAZ się bawimy i jest fajnie, bawmy się więc dalej! Kilkulatkowi bardzo, ale to bardzo trudno jest przełączyć się na myślenie o tym, że zabawa będzie mogła być kontynuowana… rano. Tymczasem kilkulatkowe zasoby (energetyczne, uwagowe, a także zdolność do samodzielnego – na miarę dziecka w tym wieku – regulowania poziomu pobudzenia) wyczerpują się z minuty na minutę. Chęć kontynuowania zabawy nie słabnie (a nawet wzrasta w obliczu nieuchronnie zbliżającego się wieczornego rytuału kładzenia się spać, o czym zresztą zazwyczaj dorosły nieubłaganie przypomina), natomiast siły niezbędne do tego, by bawić się dalej, kurczą się z każdą chwilą. Jakież to potrafi wywoływać napięcie! Tak bardzo chcę, i tak bardzo mi nie wolno, a zarazem – tak bardzo mi trudno! Nic zatem dziwnego, że w kilkulatku pojawiają się wówczas silne negatywne emocje, nad którymi dziecko nie jest w stanie zapanować. Frustracja, złość, rozżalenie i rozczarowanie, a przy tym determinacja – tak właśnie możemy rozumieć doświadczenie dziecka, które w nagłym wieczornym przypływie energii miota się pośród zabawek. Dlatego właśnie umowy w rodzaju „W porządku, jeszcze pięć minut, ale później sprawnie sprzątasz zabawki i idziesz się myć” nie mają szansy zadziałać. Dziecko wprawdzie zgłasza chęć dalszego bawienia się, a zmęczony dorosły może – chcąc zyskać jeszcze moment spokoju – ulegać prośbom o przedłużenie czasu zabawy, jednak – jak widać na przykładzie rodziny Słonika, zazwyczaj jest to droga ku wybuchowi konfliktu. Sednem sprawy jest bowiem to, że dziecko – choć bardzo chce przedłużyć atrakcyjny moment – nie ma już sił na dalszą aktywność, a zarazem samo nie potrafi tego stanu rozpoznać i adekwatnie nim zarządzić.

Bardzo ważne jest wówczas to, by dorosły wsparł kilkulatka – tak jak wtedy, gdy maluch stłucze kolano i dorosły przytulaniem i słowami pociechy pomaga ukoić ból, tak i teraz rola dorosłego polega na tym, by adekwatnie odpowiedzieć na pierwszoplanową w tej chwili potrzebę dziecka, oferując tym samym pomoc w regulacji poziomu napięcia. Spokojnie, życzliwie i konsekwentnie zarazem pomóżmy młodemu człowiekowi przygotować się na stratę atrakcyjnego TERAZ. „Wiem, że to bardzo ciekawa zabawa i jednocześnie – jest już późno, więc pora ją kończyć”. Przyjmijmy falę niezadowolenia – oczywiście, to jest (i ma prawo być) bardzo nieprzyjemne, gdy trzeba kończyć tak fantastyczną zabawę w takim właśnie momencie. Dorosły nie musi dziecięcemu niezadowoleniu zaradzić – wcale nie chodzi tu o to, by pocieszać dziecko, lecz o to, by spokojnie przyjąć jego żal, czy złość. „Przykro ci, że pora iść spać, rozumiem. Mnie też jest przykro, gdy coś, co lubię, się kończy”. Jeśli to możliwe – pomóżmy kilkulatkowi zbudować perspektywę kontynuowania tej zabawy w przyszłości – tak, jak robi to Mama Słonika. Spokojnie, a zarazem miło i konsekwentnie, pomaga synkowi w zaparkowaniu wyścigówek w miejscu, gdzie na pewno zaczekają do poranka. Mama podsuwa Słonikowi możliwe do zastosowania rozwiązanie trudności – skoro chcę bawić się dalej i teraz nie mogę tego robić, to w jaki sposób mogę sobie z tym poradzić? To, że Mama akceptuje niezadowolenie Słonika, a zarazem proponuje wyjście, które uwzględnia potrzeby dziecka, wpisując ich realizację w ramy obowiązujących w domu zasad – przynosi skutek w postaci znacznie spokojniejszego wieczoru. Wymyślenie rozwiązania nie wydaje się tu jednak kluczem do osiągnięcia tego efektu. Tym, co najważniejsze, jest bowiem spokojne akceptowanie emocji dziecka połączone z konsekwentnym zadbaniem o realizację tej jego potrzeby, której dziecko nie umie jeszcze nazwać i wyrazić, a którą jest potrzeba regeneracji sił po długim okresie wzmożonej aktywności. Tego rodzaju wsparcie ze strony dorosłego doprowadzi w którymś momencie (choć zupełnie nie wiadomo, kiedy ten moment nastąpi) do tego, że dziecko, nawet po bardzo atrakcyjnym dniu, będzie potrafiło samo zauważyć: „Już późno – chce mi się spać”.

X