Po co szukać guza w świecie

Hindus nie musiał pilnować ognia - jemu było ciepło. Zatem zaczął dociekać, kim jest i gdzie się znajduje. Odpowiedzi znajduje w sobie.

Krzysztof Jedliński: – Jaka jest podstawowa różnica w mentalności człowieka Wschodu i człowieka Zachodu?
Maria Krzysztof Byrski: – Ta różnica wyrasta przede wszystkim z innego wyzwania środowiska naturalnego. Aby lepiej to wytłumaczyć użyję przenośni: wyobraźmy sobie, że nasz praprzodek siedzi przy wyjściu do jaskini, podsyca ogień i myśli tylko o jednym: „co zrobić, żeby on się palił, a żebym ja mógł sobie spać”. W rezultacie człowiek Zachodu zbudował reaktor atomowy i w taki sposób swój dylemat rozwiązał. My wykształciliśmy w sobie postawę szarpania się z naturą, Hindus natomiast pod takim przymusem nigdy nie funkcjonował, jemu było ciepło.
Wyobrażam sobie Ariów, przybyłych 1500 lat przed Chrystusem gdzieś może z doliny Wołgi, zmaltretowanych drogą przez wysokie góry, mrozy, wichry – jak stają nagle na granicy doliny Indusu w Pendżabie i widzą kraj, w którym cytryna dojrzewa, wszystko kwitnie, słowem, raj na ziemi. Wyobrażam sobie, jak poczuli się ci zmarznięci, zmęczeni ludzie...
Tam nie trzeba pilnować ognia, żeby się przy nim ogrzać; jedynym istotnym dla człowieka działaniem to trwać i dążyć do doskonałości.
Europejczyk wciąż coś strugał, przybijał, majstrował, przykręcał – wyładowując w ten sposób swoją energię; Hindus nie potrzebował niczego przykręcać, tak jak Eskimos nie musiał wymyślać zamrażarki. Zatem wymyślił sobie inny problem: zaczął dociekać, kim jest i gdzie się znajduje. W ten sposób próbował okiełzać tę energię – wymyślił jogę.

– Czym jest joga?
– Joga (to znaczy dyscyplina) jest próbą nadania kierunku swojej energii. Hindus wymyślił dyscyplinę psychofizyczną, koncentrującą się na kierowaniu energii do wewnątrz, tzn. do badania, co znajduje się u mnie w środku, jakie odpowiedzi mogę znaleźć, dając nurka w moje własne wnętrze, a nie szukając guza po świecie. Taka postawa wynika również z przekonania, że rzeczywistość filozoficzna w najszerszym rozumieniu tego słowa jest tożsama z rzeczywistością zamkniętą we mnie. Hindus określi to tak: brahman równa się atman. Brahman to jest ta wielka rzeczywistość, a atman to zamknięta we mnie świadomość. Jeśli zatem poznam rzeczywistość we mnie, to poznam również tamtą rzeczywistość.

– Czy można powiedzieć, że Europejczyków charakteryzuje postawa ekstrawertywna, a Hindusów introwertywna?
– Tak, dokładnie tych terminów używamy. Indie to bezpieczne miejsce, oblane oceanem, z wysokimi górami... Mimo zdarzających się klęsk żywiołowych, mimo trzęsień ziemi – można się tam zamknąć. Tymczasem Europa jest miejscem, w którym aby  czegokolwiek dokonać, trzeba przekroczyć wodę – dlatego jesteśmy ekstrawertywni. Tradycyjne prawo zabrania Hindusom przekraczać wielką wodę, a jeżeli już tak się zdarzy, to Hindus, nim powróci, musi się oczyścić – oczekiwano tego nawet od Gandhiego.
My prawdopodobnie dojdziemy do tych samych wniosków, co Hindusi, tylko dużo dłuższą drogą. Jest taki kawał: co to jest komunizm? – brzmi pytanie. Komunizm to jest najdalsza, najtrudniejsza, najbardziej bezsensowna droga od kapitalizmu do kapitalizmu – brzmi odpowiedź.
Ja powiem tak: cywilizacja europejska to najdalsza, najtrudniejsza i najkosztowniejsza droga prowadząca do poznania samego siebie.

– Czy są w kulturze hinduskiej trudne do zaakceptowania przez nas zjawiska?
– Miałem taki moment w Indiach, kiedy wydawało mi się, że staję wobec zjawiska, którego prawdopodobnie nie uda mi się zaakceptować i zrozumieć: to był symbol falliczny w świątyni tzw. śiwalingam. Wydawało mi się, że mniej więcej wiem, o co Hindusom chodzi, no ale w centrum świątyni symbolu fallicznego nie zaakceptuję. Teraz już mi to nie przeszkadza, mało tego, mam nadzieję, że do takiego symbolu dojrzeje kiedyś cywilizacja zachodnia.

– To co najmniej zaskakujące stwierdzenie...
– Hindusi, dużo wcześniej od nas, zaakceptowali myśl, że rzeczywistość jest jednorodna, tzn. że zarówno jej materialna (cielesność), jak i niematerialna (duchowość) strona – to nie są dwa różne zjawiska; to są dwa końce tego samego kija. Jeszcze inaczej można powiedzieć, iż są to dwa różne stany skupienia tej samej substancji – to jest monizm poznawczy. Jeżeli akceptuje się monizm poznawczy i fakt, że jedną z najważniejszych tajemnic istnienia jest życie – to trudno nie stawiać na ołtarzu symbolu fallicznego, bo to jest kwintesencja życia. Nikt nie pojawiłby się na tym świecie, gdyby nie było płciowości, nie abstrakcyjnej, ale konkretnej, tej, którą każdy z nas jest naznaczony. Hindusi wcześniej tę prawdę przyjęli, a my ciągle jesteśmy rozdwojeni, ciągle w nas pokutuje pogląd, że święte jest to, co od pasa w górę, a grzeszne – od pasa w dół. Hin-dus ma zintegrowaną wizję rzeczywistości. Na marginesie rodzi się pewna refleksja: gdyby nie płciowość, gdybyśmy się nie rozmnażali tak jak się rozmnażamy, to nie byłoby wcielenia Boga.
Może właśnie dlatego, że nie wnosimy symbolów płciowości na ołtarze, nie uznajemy tej świętości – w naszej części świata jest ona prawie wyłącznie skazana na nurzanie się w agencjach towarzyskich, przemyśle porno. Z tego punktu widzenia cywilizacja indyjska była dużo bardziej harmonijna.

– Tak też chyba my ją widzimy...
– Nie chcę stwarzać wrażenia, że tam jest eden – bo tak nie jest. Jest to cywilizacja, która ma bolesne rozdarcia, niezwykle skomplikowane zapętlenia. Oto bowiem spotykają się dwie koncepcje stosunku do rzeczywistości: koncepcja trwania i koncepcja rozwoju. Koncepcja rozwoju to jest koncepcja nasza, europejska, Hindusi natomiast akceptują fakt otrzymania określonych warunków trwania.
W jednym z moich wykładów próbuję przekonać studentów nie do kast, tylko do racjonalności tego systemu i próbuję wytłumaczyć, na czym polega fenomen tego systemu, który liczy sobie już niemal trzy i pół tysiąca lat i ma się całkiem nieźle. Żeby wyjaśnić tę racjonalność, znów użyję przenośni. Wystarczy zapytać Kowalskiego: „Czy pan kiedykolwiek chciał przestać być Kowalskim?”. Bez względu na odpowiedź on i tak nie przestaje być w środku Kowalskim, bo nie da się zmienić łona, z którego przyszedł na świat. Choćby Kowalski stanął na głowie i stał tysiąc lat, to i tak Kowalskim zostanie. Trzeba to zaakceptować.
Człowiek, który próbuje się nawrócić na hinduizm, jak wyznawcy ruchu Świadomości Kryszny (znanego jako Hare Krishna), którzy nawet zewnętrznie starają upodobnić do Hindusów, są przez nich odrzucani. Hindus bowiem akceptuje status quo, tzn. fakt przyjścia na świat w określonych warunkach.
Myślę, że gdyby Hindusi zrezygnowali z kast – byłby niezły bałagan. To nie oznacza, że system kastowy jest systemem idealnym, podobnie jak egalitarny system w różnych interpretacjach, np. egalitarny system nazistowski: wszyscy mają być równi, a ci, którzy nie są nordykami – to do pieca, albo egalitarny system sowiecki: ktoś, kto nie chce być „czernoraboczij” – to w łeb, bo wszyscy powinni być równi. Wybitny chiński pianista musi przepracować pół roku na roli, bo wszyscy muszą być równi – to są te aberracje systemów egalitarnych i oczywiście jest mnóstwo aberracji w indyjskim systemie hierarchicznym. Ale to, że dokonuje się potwornych zbrodni w imię systemu, nie musi automatycznie oznaczać, moim zdaniem, że system sam w sobie jest zły. Niewątpliwie świadczy to o jakiejś jego słabości, która nie pozwala czy utrudnia realizację ewangelicznego przykazania miłości. Wiemy już, że optymalne, choć nie idealne, warunki realizacji tego przykazania w systemach egalitarnych stwarza demokracja parlamentarna. W Indiach trwa eksperyment wprowadzania jej w społeczeństwie hierarchicznym – tymczasem ze znacznym powodzeniem, m.in. za sprawą Mahatmy Gandhiego, choć przyszłość kryje pewnie jeszcze wiele niespodzianek.
Oczywiście, obecnie społeczeństwo indyjskie jest sfrustrowane: ścierają się tam dwie postawy: elity kształcone na styl zachodni i tradycyjna reszta. To jest tak, jakby do spokojnego, czystego jeziora wpadł spieniony, niespokojny potok, który niesie lodówki, pralki, samochody i Bóg wie, co jeszcze. Wszystko zaczyna się kotłować, rdzewieć, tonąć, psuć się. Trzeba znaleźć jakieś rozwiązanie. Hindusi są w trakcie szukania. Mam nadzieję, że im się to uda, bo niejednokrotnie w historii tego kraju tak się zdarzało: poczynając od Ariów wedyjskich 1500 lat przed Chrystusem, poprzez Aleksandra Macedońskie-go, Hunów, Mogołów, Anglików – ciągle jakiś spieniony strumień do tego spokojnego jeziora wpływał, a mimo to dawało się odtworzyć jego homeostazę.

– Gdzie jest nadzieja na powodzenie?
– Szansy dla Hindusów upatruję w szybkim rozwoju informatyki. W Indiach południowych, w Bangalore, jest ośrodek porównywalny z najlepszymi w Ameryce. Hinduska siła robocza jest dużo tańsza niż w Ameryce, a Hindusi od trzech i pół tysiąca lat zajmowali się rzeczywistością wirtualną, tylko bez komputerów.

– ???
– Świat wirtualny jest światem, w którym oni świetnie funkcjonują, z racji swoich wierzeń i przekonań. To, co my według naszych europejskich standardów i przekonań, określamy jako rzeczywiste, dla nich rzeczywiste nie jest. Hindusi uważają, że rzeczywistość, w której jesteśmy jako ludzie „zanurzeni”, to również jest rzeczywistość, ale inna od prawdziwej: prawdziwa to ta poza wszelkimi kategoriami, ta, w której nie ma przeciwstawienia ja-ty, podmiot postrzegający i przedmiot postrzegany. Jednym słowem: prawdziwa rzeczywistość to ta sprzed: „Wielkiego Wybuchu”. Natomiast rzeczywistość doczesna, nasza, ludzka, codzienna w stosunku do tamtej – to rzeczywistość wirtualna, którą określają „maja” – ułuda.
Relacja obu rzeczywistości jest podobna do relacji rzeczywistości naszej ludzkiej do rzeczywistości komputerowej. Trudno odmówić tej ostatniej rzeczywistego istnienia.

– Rozumiem, że Hindusi mają wrodzone zdolności do poruszania się w rzeczywistości wirtualnej „wyssane z mlekiem matki – filozofii indyjskiej”...
– Tak, bo w Indiach już w VI wieku przed Chrystusem język był przedmiotem badań, a przecież nie byłoby komputera, gdyby nie było takiego stosunku do języka, to znaczy, gdybyśmy nie odkryli, że język tworzy swoją własną rzeczywistość. Z kolei w IV w. przed Chrystusem dokonano opisu języka niemal w komputerowej formie – to nie jest gramatyka na 100 stron ale kilka tysięcy formuł. Jeśli się umie owe formuły rozkodować – to wie się wszystko o języku. Hindusi świetnie „czują” programy komputerowe, choć nie potrafili stworzyć komputera – bo też ich cywilizacja nigdy nie motywowała do „ulepszania” rzeczywistości materialnej.

– Byłaby to zatem perspektywa jakiegoś głębszego zbliżenia cywilizacyjnego...

– Wydaje mi się, że tak, i to z kilku powodów: po pierwsze, Europę i Indie postrzegam jako szczególnych partnerów XXI wieku, a to dlatego, że Europa, podobnie Indiom, staje się wielokulturowym organizmem politycznym, o tożsamości którego decydować będzie poczucie wspólnoty cywilizacyjnej wyrastającej ze wspólnego systemu wartości i wspólnej wrażliwości estetycznej.
Po drugie, w XXI wieku odkryjemy, dzięki wypracowaniu wspólnego języka, że chrześcijaństwo, które niezaprzeczalnie wyrasta z judaizmu, ma zdumiewająco wiele wspólnego z hinduizmem w sferze doktryny. Są fascynujące poszlaki świadczące o tym. Jak sobie o tym myślę, aż dreszcz mnie przenika: jakie to będzie miało konsekwencje dla duchowego dialogu między Euro-pą a Azją. Proszę zważyć, że Jan Paweł II w swojej encyklice Fides et Ratio poświęca duchowości indyjskiej cały paragraf 72, a w trakcie Synodu w Delhi podkreśla, że XXI wiek to będzie wiek czegoś – co ja byłbym skłonny nazwać – powrotem chrześcijaństwa do Azji.
Tymczasem można powiedzieć, że hinduska metafizyczna wizja rzeczywistości, której centralnym punktem odniesienia jest ofiara Człowieka (jadźńa) – Pana Stworzeń (Purusza-Pradźapatiego) na początku czasu, znajduje pełne historyczne potwierdzenie w doświadczaniu chrześcijaństwa. Zostaje niejako przerobiona poprzez fakt historycznego wcielenia Boga na kategorie ludzkiego doświadczenia.

– To interesujące...
– Powiem tak: wyobraźmy sobie uczonego, który zakłada, na podstawie oczywiście teoretycznych obliczeń, że gdzieś tam, w kosmosie, powinna być gwiazda. Nie widać jej, nie mamy teleskopów, żeby to sprawdzić. Zatem w pewnym momencie, aby dowieść słuszności obliczeń uczonego, konstruujemy teleskop, sprawdzamy, szukamy... gwiazda jest.
Doświadczenie cywilizacji indyjskiej jest właśnie takie: z jej obliczeń wynika, że tam TO powinno być. A chrześcijaństwo to jest ten eksperyment, który potwierdza: tak TO tam jest.

– To właściwie jest metafora gwiazdy betlejemskiej.
– Tak, to piękne skojarzenie. Jest np. tekst, z połowy II w. przed narodzeniem Chrystusa, „Traktat o Zacności”, w którym można odnaleźć jak gdyby antycypację idei niepokalanego poczęcia Marii Panny i poczęcia z Ducha Świętego Jej Syna. Tekst powiada bowiem, że Bóg, którego nazywa Prabytem:
„Potem rozdarł własne ciało na dwie części, w jednej mężem, w drugiej żoną stał się Prabyt. Wtedy on w niej począł Wiradź. Wiedzcie tedy, o najlepsi wśród braminów, że ten, kogo znów praczłowiek Wiradź począł to ja jestem Wszech-stworzyciel”.
Wiradź byłby tu odpowiednikiem Ducha Świętego, a rozdarcie ciała Prabytu byłoby próbą wyrażenia genezy macierzyństwa w ogóle – przecież zgodnie z doktryną chrześcijańską Chrystus jest drugim Adamem. W chrześcijaństwie wyjątkowe jest to, że Wszechstworzyciel, który w ten sposób przyszedł na świat, cierpi podobnie ludziom. Warto więc zwrócić jeszcze uwagę na kwestię cierpienia: to, czym ono jest, jak się je spostrzega. To temat wielkiego dialogu przełomu epok, który rozpoczyna się 1500 lat przed Chrystusem w „Objawieniu wedyjskim”, które przekazuje nieco mechanistyczną wizję ćwiartkowania Człowieka-Pana Stworzenia w rezultacie jego „rozgrzania się”, równoznacznego z ascetycznym umartwieniem. Jakąś zapowiedzią cierpienia, może być bojaźń, która jest udziałem tego bytu, ale wprost o cierpieniu bodaj jeszcze nie ma mowy. Pytanie o sens cierpienia, dopiero 500 lat przed Chrystusem, zadaje Budda, który tego sensu nie widzi. Odpowiedź chrześcijańska jest taka, że cierpienie jest rzeczywistością Boga, tak samo jak radość, szczęście i nieszczęście. Potwierdza to metafizyka owego Objawienia, gdzie się powiada, że na początku Pan Stworzeń, siebie samego złożył w ofierze i stał się światem. Przypadkiem kiedyś trafiłem na termin, który nie daje mi spokoju: patrypasjonizm: była taka teza w historii Kościoła, że w Synu ucierpiał Ojciec. Proszę zauważyć, że mamy tu fascynującą zbieżność: oto Człowiek-Pan Stworzeń, czyli Ojciec na początku czasu składa z siebie ofiarę, którą w czasie powtarza Syn.
Należy także pamiętać o dialogu między religiami, między kulturami, który rozpoczął Jan Paweł II. Tak więc otwieramy się i, jak sądzę, ten kontakt jest możliwy na poziomie refleksji teologicznych.

– Jak to było w przeszłości?
– Ja uważam, że świat też był bardzo mały, za czasów buddyjskiego cesarza Aśoki (273- 232 przed Chrystusem) wysyłano misjonarzy do Aleksandrii – tam były kolonie buddyjskich kupców. Żydzi również tam już byli. Wedle opinii, z którymi się zetknąłem, opisy wspólnot mnisich tzw. terapeutów aleksandryjskich, które uznaje się za żydowskie wspólnoty – to są opisy, które szalenie pasują do reguły buddyjskiej. Jest też bardzo żywa tradycja, ale mająca wiele cech prawdopodobieństwa, o tym, że święty Tomasz nauczał w Indiach i tam też znajduje się jego grób. Również uważa się, że neoplatonizm wyrasta z inspiracji spoza basenu Morza Śródziemnomorskiego.
Mam nadzieję, że w XXI wieku świat znów się „skurczy”, że będziemy sobie bliżsi, że będziemy się rozumieć tak, jak się ludzie rozumieli wówczas, kiedy idee przepływały i krzyżowały się i w rezultacie legły u podstaw współczesnej cywilizacji europejskiej.
Być może to jest nasz dług, który musimy teraz spłacić. Może tak należy interpretować słowa papieża w Indiach, że Azja ma być przyszłością Kościoła XXI wieku, może nie w kategoriach nawracania, tylko w kategoriach oddawania z procentem długu, który nasza cywilizacja zaciągnęła w Azji. Papież słusznie przypomniał, że chrześcijaństwo jest religią azjatycką, wcale nie europejską. Dzięki temu zbudowaliśmy naszą cywilizację. Jeśli stworzymy globalną wioskę kulturowo i cywilizacyjnie zróżnicowaną – to byłbym tym zachwycony. Natomiast gdyby tylko Pizza Hut, McDonald’s i coca-cola miały decydować o jej charakterze – to by trochę było szkoda.

– Dziękuję bardzo.

 

Krzysztof Jedliński, Maria Krzysztof Byrski

Rozmowa ukazała się w magazynie psychologicznym "Charaktery".

X