Co zrobić ze strachem

Strach i jego przeżywanie jest istotnym wyznacznikiem okresu kulturowego i systemu społecznego.

W społeczeństwie pierwotnym silnym strachem obwarowane były wszelkie zakazane ścieżki – zarówno te grożące bezpośrednim fizycznym niebezpieczeństwem, jak i te wiodące do naruszenia tradycyjnej struktury społecznej. Ba, na rozkaz czarownika można było nawet umrzeć ze strachu. XIX wieczny kapitalizm sprywatyzował strach, prowadząc do jego subiektywizacji. Strach – uczucie wobec realnych zagrożeń, przekształcił się w nieokreślony lęk – uczucie wobec wyobrażeń. Przestał być wspólnotową – i nieraz konstruktywną – reakcja wobec epidemii, wojen czy innych kataklizmów. Zepchnięty z indywidualnej nieświadomości, na długie dekady zapewnił dochody psychoanalitykom. Totalitaryzm z kolei oparł się na strachu jak na opoce. Musiał być on wszechobecny, mocny i żywy. Proste rytualne formułki wystarczały jako przykrywka. Wicie, rozumicie, prawda?

Teraz wchodzimy w tak zwany nowoczesny liberalizm. Co się tutaj dzieje ze strachem? Liberalizm ogłasza koniec strachu. Strachu nie ma bo i czego się bać? Wybranej demokratycznie władzy? Przychylnego człowiekowi komputera? Starości zabezpieczonej przez opiekę społeczną? Strachu nie ma. Bać się powinni tylko przestępcy i to wyłącznie „nieuchronnej kary”.

A jednak się boimy, to oczywiste. Co zatem robimy z naszym strachem, żeby pasować do liberalizmu? Jeszcze niedawno, gdybym przypadkiem zobaczył, że kradną komuś samochód, czułbym potrzebę interwencji i jednocześnie strach. Gdybym nie reagował, odczuwałbym wstyd. Dzisiaj patrzę na zdarzenie spokojnie i mówię do siebie: to nie moja sprawa, od tego jest policja, a potem szybko o wszystkim zapominam. Policjant słysząc, ze ktoś do kogoś strzela, myśli: „to porachunki gangów, nie nasza sprawa”, przestępcy zostają uwolnieni od strachu; czegoś im liberalizm do czegoś się nadaje.

„To nie mój interes, to nie moja sprawa” – wyparcie strachu, inaczej niż podług towarzyszącej wczesnemu kapitalizmowi psychoanalizy, dokonuje się nie do wewnątrz, a na zewnątrz. Strach zostaje wyrzucony, poza obręb mojego terytorium psychologicznego, gdzieś, gdzie Ne sięgają moje prawa własności, ani moja odpowiedzialność.

Wiele bulwersujących wydarzenie z ostatniego czasu daje się wytłumaczyć taką „eksterioryzacją” strachu. Lekarz bada, a następnie zwalnia gangstera. Jeszcze niedawno – sam jestem lekarzem – nie przyszłoby mi do głowy bać się bandyty. Ale teraz, widząc uwolnionego od strachu, aroganckiego mafiosa być może też pomyślałbym: „to sprawa miedzy nim a prokuraturą” i napisałbym „nadciśnienie”, a następnie (na jego życzenie) dopisałbym „klaustrofobia”.

Eksterioryzować strach można zarówno na jakąś służbę, jak i na przepisy. „Zwalniam bandziora na przepustkę zdrowotną, bo na to zezwala przepis – to nie moja odpowiedzialność” – powie naczelnik więzienia. W rzeczywistości po prostu boi się gangstera, ale do tego nie musi się, nawet przed samym sobą, przyznawać.

Swoją drogą to przerzucanie (często wzajemne) kamyczka strachu do cudzego ogródka, daje ciekawy efekt – otóż rywalizacja, ta zasada liberalizmu, która nie zawsze wychodzi w biznesie, jakże wspaniale rozwija się między władzami państwowymi. No bo zobaczmy: policja złapie przestępcę, a sędzia zaraz go zwolni. Sąd otwiera rozprawę, a tu policja nie doręczyła wezwania oskarżonemu. Może zatem strach, a nie chęć zysku jest najlepszym stymulatorem rywalizacji?

Tak więc końca strach nie będzie, wbrew temu, co głosi socjal – demo- liberalizm. Co z nim zatem począć? Zanim na to pytanie odpowiemy, przyjrzyjmy się jeszcze jakie recepty SA nam proponowane w ramach liberalnej filozofii. Dobrze streszcza to prof. Janusz Czapiński (zresztą wybitny psycholog społeczny) zapytywany przez autora tekstu „Wysyp zbrodni („Życie” , 27.01.1997): „duże pieniądze na bezpieczeństwo i sądownictwo”. Postawienie akcentu w tym właśnie miejscu świetnie oddaje lewicowo – liberalne myślenie: wzmacniać system, poprawiać organizację społeczną. Idąc naszym tropem, oznacza to jeszcze silniejszą zachętę do eksterioryzacji strachu. Rzecz jasna, całkowicie zgadzam się z poglądem, że finansowe nakłady na aparat ścigania są zbyt niskie, jednak pieniądze nie mogą być receptą podstawową.

Receptą najlepszą, moim zdaniem, jest wzmocnienie poczucia mocy jednostki, poprzez wzrost jej realnej, własnej siły, oraz siły pochodzącej z oparcia w lokalnej społeczności. Amerykanie rozwiązali swój dylemat liberalny dając wolność wszystkim (w tym i przestępcom), ale dając tez każdemu prawo do posiadania broni. Może nie trzeba iść aż tak daleko, ale przychylność sądów dla obrony siebie i swojego mienia oraz dla spontanicznego (staropolskie ”łapaj złodzieja!”) ujmowania przestępców byłaby krokiem we właściwym kierunku. Również funkcja „czarnych marszów” to nie tylko (jak chce Czapiński) „próba powiedzenia państwu, że powinno wzmocnić swoją kontrolę, dać obywatelowi poczucie bezpieczeństwa”, ale przede wszystkim mocno odczuwalny wyraz siły lokalnej społeczności.

Na koniec dwie refleksje osobiste. Pierwsza – wolałbym żyć w starym kapitalizmie, niż w tym dzisiejszym – poszedłbym po prostu do psychoanalityka, a nie męczyłbym się nad felietonem, a nadzieją, że „może to coś da”. A druga – tak się to jakoś w historii dzieje, że pomysłodawcy i ideologowie systemów społecznych zupełnie nie radzą sobie z ich praktyczną realizacją. I tak marksiści nie poradzili sobie z komunizmem, a obecnie liberałowie nie radzą sobie z kapitalizmem. Może zatem pozostawić realizację kapitalizmu marksistom?

Tekst został opublikowany w miesięczniku „Charaktery”, nr 4, 1997 r.

X