Bitwa na krawędzi życia i śmierci

Dlaczego dziecko zaczyna brać? Czy z uzależnienia można się wyleczyć? Czy my dorośli jesteśmy odpowiedzialni za to, że dziecko sięga po narkotyki? Co zrobić, gdy dziecko bierze?

Marek Kotański, człowiek-legenda, animator wielu charytatywnych działań, twórca budzącej kontrowersje metody leczenia narkomanów. Pierwszym ośrodkiem był Głosków koło Garwolina, powstały 15 października 1978 r., gdzie w zrujnowanym domu wspólnie z przyjaciółmi i grupą narkomanów dowiódł, że narkomanię można zaleczyć. W ciągu 23 lat stworzył 30 ośrodków, 20 poradni noclegowych dla czynnych narkomanów, cztery oddziały detoksykacyjne. Stworzył system opieki i resocjalizacji bezdomnych MARKOT. Jego najnowszą inicjatywą jest tworzenie Centrów Pomocy Bliźniemu i Młodzieżowego Ruchu Czystych Serc.

Krzysztof Jedliński: – Czym jest uzależnienie?
Marek Kotański:
– Naprawdę nie znam definicji uzależnienia. Myślę, że to jest pewien specyficzny stan duszy i ciała człowieka, który powoduje, że człowiek przestaje normalnie funkcjonować, jego zachowania zaczynają odbiegać od normy. Po prostu: jemu jest źle i jego najbliższym jest źle. Tak rozumiem uzależnienia. Kiedy taki człowiek zwraca się do mnie z prośbą o pomoc – ja staram się wszelkimi metodami przywieść go do równowagi, by na nowo nauczył się funkcjonować w tej rzeczywistości.

– Rzecz jasna, są teoretyczne definicje uzależnienia. Myślę jednak, że każdy praktyk ma swoją „roboczą” definicję, np. przychodzi do Pana neurotyk albo psychotyk i musi Pan odróżnić, kim się będzie Pan zajmował.
– Odróżniam to na podstawie swojego wieloletniego doświadczenia, ale mnie nie interesuje, czy to neurotyk, czy psychopata. Dla mnie to człowiek cierpiący, któremu mówię: „Przestań się bać, na pewno damy sobie radę, jeśli tylko będziesz chciał”. Jeżeli on rzeczywiście chce to robić, to wydaje się, że istnieje duża szansa na trwałe zaleczenie. Z narkomanii, uzależnienia, wyjść nie można, to choroba nieuleczalna. Nie wiadomo, jakie są jej przyczyny. Widać tylko jej skutki. A ponieważ nie mamy precyzyjnych narzędzi do diagnozy, musimy tego człowieka wpuścić w wir normalnego życia, dać mu szereg obowiązków, które, jak tor przeszkód, dają mu szansę na powrót do normalności. Pokonanie kolejnej przeszkody przynosi choremu satysfakcję, daje wiarę w siebie, jest bramą do wolności od nałogu. Trzeba stoczyć walkę ze złem, które jest gdzieś w człowieku.

– Uzależnienie to specyficzny związek z substancją. Na czym ten związek polega?
– To fakt, człowiek wiąże się z jakąś substancją, która jakby załatwia jego problemy. Może być to substancja uspokajająca, może być pobudzająca – wstrzykiwana, wąchana lub połykana. Jest wiele grup narkotyków, każda z nich zmienia świadomość, a człowiek wybiera to, co mu odpowiada: jeden sięga po amfetaminę, inny po heroinę. Jeden chce się pobudzić i działać, drugi chce się wyciszyć, chce uciec z tego świata. Jeśli ja zajmuję się takimi ludźmi, to staram się nauczyć ich, żeby się tego świata nie bali, że można sobie dać radę bez tego substytutu.

– Czyli lęk przed światem...
–Tak, jeśli nawet nie do końca uświadomiony przez młodych ludzi.

– Jestem psychoterapeutą, ale nie zajmuję się uzależnionymi; jedną z przyczyn jest mój defekt osobowościowy: nie jestem w stanie zaakceptować, że ktoś kłamie. Natomiast uzależnieni kłamią, prawda?
– Permanentnie. Jest to sposób bycia. Trzeba przyjąć, że to jest ich normą do pewnego etapu, a potem, jeżeli społeczność terapeutyczna, w której żyją, jest aktywna i wrażliwa, to zaczyna łapać delikwenta na kłamstwach i korygować je.

– Czy zatem większą rolę w leczeniu ma społeczność niż terapeuta?
– Badania potwierdzają, że uzależniony najlepiej leczy się w grupie, bo tworzy ona jakby lustro, w którym można się przejrzeć. Ma wielość informacji zwrotnych.

– Czy jest jedna metoda leczenia uzależnień czy wiele? Był Pan krytykowany za swoje.
– Myślę, że wielość metod leczenia nie jest chyba wynikiem wielości szkół terapeutycznych, ale raczej różnych osobowości terapeutów. Według mnie, uzależnienie leczy się jakby dawaniem siebie innym, własnym przykładem i złym, i dobrym, i swoją niepewnością, i pewnością siebie, pokazywaniem, dokąd można iść; ale ten wzorzec musi być dość jasny. Ludzie uzależnieni są zagubieni i dla nich wzór osobowy ma ogromne znaczenie; sukces w leczeniu zależy od tego, w jakim stopniu człowiek pozna, kim jest naprawdę.

– Czy zatem można powiedzieć, że przyczyną uzależnienia jest kryzys wzoru osobowego?

– Zdecydowanie narkomani mają totalny kryzys wzoru osobowego.

– Wyobraźmy sobie, że siedzi przed Panem młody psycholog po studiach, który chce pracować z uzależnionymi, chce z Panem pracować. Jakie warunki musi on spełniać?
– W ciągu 30 lat siadało przede mną mnóstwo młodych ludzi, nie tylko psychologów, a ja zwracałem uwagę na to, czy jest ciepły, empatyczny, jaki jest jego stosunek do życia, czy to taki normalny człowiek pracujący samym sobą, nie zasłaniający się karierą, wyrażający się wprost; miałem poczucie, że właśnie z nim powinno się pracować. Następnym etapem weryfikacyjnym był kilkutygodniowy pobyt takiego człowieka w ośrodku – tam młodzież dawała mu informacje zwrotne: „ty się nie nadajesz, bo jesteś dupowkręt, albo jesteś wspaniałym człowiekiem, ponieważ potrafiłeś nawet o trzeciej nad ranem siedzieć z kimś i odrabiać lekcje, pójść z kimś na wielogodzinny spacer i spowodowałeś, że ten ktoś nie wyjechał”. Różnie bywało, w każdym razie myślę, że ta metoda o tyle się sprawdziła, że 95 procent moich przyjaciół, z którymi pracuję od 25 lat, nadal pracuje ze mną, a zostali wtedy w taki właśnie sposób wybrani. Robię to do tej pory.

– Jakie są pierwsze kroki takiego młodego człowieka?
– Przeważnie w pierwszym etapie ci ludzie zupełnie się nie sprawdzają, są nieprzystosowani do bycia w takiej grupie, do takiej pracy z ludźmi. Zasłaniają się trochę wiedzą. Popełniają wiele szkolnych błędów, związują się szybko z kimś jednym, nie zwracając uwagi na ogół, nie potrafią dać jasnych i ostrych informacji zwrotnych. Ale to mija. Jeśli są sztywni i nie potrafią przełamać schematów w swoim myśleniu – muszą odejść. Jeśli są autentyczni – zostają. Wolę neofitów, zdając sobie sprawę z ich mankamentów, niż terapeutów doświadczonych z zewnątrz.

– Neofici, czyli...
– Ci, którzy już przestali brać, są poza terenem zagrożenia, a chcą pracować.

– Ale powiedzmy, że taki młody człowiek pyta: co ja mam robić, jak mam się zachowywać? Co Pan mu mówi?
– Mówię, że masz się zachowywać, jak ci dyktuje serce. Jeżeli uważasz, że to, co robi grupa, jest niesłuszne, to im to powiedz, spróbuj to udowodnić, ale równocześnie przypatruj się, czy przypadkiem grupa nie ma racji i słuchaj, kiedy oni będą oponowali, bo być może to właśnie oni mają rację. Przede wszystkim naucz się słuchania, naucz się pokory, naucz się być z nimi na dobre i na złe. Ważne jest, by ludzie wyrażali swoje uczucia głośno, żeby nie tłamsili w sobie niczego; jeżeli chcą wybuchnąć, to niech wybuchną, niech potem to spróbują omówić, ale niech pokażą też swoje emocje.

 – Myślę, że człowiek uzależniony ma kłopot z radzeniem sobie z emocjami.
– Oczywiście, narkotyki bierze się po to, żeby stłumić emocje, ale są takie momenty, w których uzależnieni okazują się zupełnie innymi ludźmi. Są fantastyczni, często szalenie ciepli, dobrzy, poszukujący i potem znowu się wycofują. Uzależnienie ma też w sobie coś ze schizofrenii: wchodzą w coś bardzo złego, w jakieś działania, potem wychodzą z nich, znowu wchodzą, są okresy remisji, ale, tak jak w schizofrenii, obserwuje się coraz gorszy stan. Potem jest już niemożność. Po trzydziestu latach doświadczeń wiem, że człowiek, z którym rozmawiam, prawie na pewno umrze. To bardzo poważny dyskomfort. Dokładając sobie szereg innych działań z bezdomnością, umierającymi, dziećmi niepełnosprawnymi czy z chorymi na Alzheimera – nie tylko nie wychodzę z kręgu zagrożenia, ale wchodzę w niego jeszcze głębiej. Na szczęście pewne sukcesy niwelują stres wynikający z faktu, że gęstnieje za mną pochód trupów.

– Co dalej z pacjentami, którzy przeszli pierwszy etap, jakim jest budowanie motywacji?

– Muszą nauczyć się odnaleźć w nowej sytuacji: bez narkotyków, w gronie bardzo zróżnicowanym pod każdym względem: są tu ludzie z nizin społecznych i z wyżyn, ludzie po wyrokach i ludzie, którzy studiowali. I chyba znalezienie się w tej grupie w sposób autentyczny jest ważne. My oczywiście dajemy tym ludziom określone schematy działania – tutaj będziesz pracował, tu będziesz to robił. Uważam, że metodą terapii jest pomoc innym, np. tym, którzy w hospicjach odchodzą z tego świata. Narkomani pracują w hospicjach na dyżurach 12-godzinnych, myją pacjentów, karmią ich i żegnają wtedy, kiedy tak się zdarzy, łącznie z tym, że ubierają do trumny. Codziennie piszą swoje dzienniczki uczuć, i te dzienniczki uczuć są wspaniałym dowodem ich zmian, metamorfozy, kiedy z kompletnego odrzucenia, protestu, „ja nie będę tego robił, ja się do tego nie nadaję” przechodzi do fazy „czekam na tego człowieka, bo on na mnie czeka; jak ja mogłem być tak okrutny, żeby na siebie podnosić rękę; dlaczego uciekałem z tego życia, kiedy inni chcą w nim być”. Refleksje budzące się w ludziach, wtedy kiedy widzą kogoś drugiego, komu mogą pomóc, kto na nich czeka, kto ich trzyma za rękę i pyta: „czy na pewno przyjdziesz jutro na dyżur, tak chcę, żebyś przyszedł”. To są rzeczy ozdrowieńcze i myślę, że od dwóch lat stosując tę metodę, znalazłem wreszcie ten rodzaj lasera, który być może na gładkich ścianach zimnych serc tych ludzi (bo oni mają zimne serca w gruncie rzeczy) robi pewien znak, do którego będzie się można odwołać.
Przełamałem schemat, że narkoman powinien być izolowany od reszty narkomanów, tych „czynnych”. Przed laty wyznawaliśmy teorię, że trzeba stworzyć enklawy, w których człowiek pozbawiony narkotyków i innych spraw związanych z otoczeniem zaczyna zdrowieć. Teraz myślę, że narkoman, który sam nie bierze kilka tygodni, zaczyna pracować np. na oddziale detoksykacyjnym z tymi ludźmi, którzy wyją z bólu i błagają o narkotyki, którzy pytają, czy nie wszedłby w układ... Kiedy on mówi „nie będziemy brali” – następuje przełamanie, które jest początkiem motywacji do leczenia. Tego nie zastąpi żadna psychoterapia, żadna społeczność, żadna psychodrama. Ale trzeba pamiętać również o tym, że oni, poza pewną prymitywną walką, oczekują jeszcze innych rozwiązań; to, że się ich jakoś dociąży, że przebiegną 20 km, że wyjdą poza ośrodek na dwa dni na zasadzie: nie chcesz tutaj być albo wahasz się, to wyjdź na zewnątrz i zobacz, jak to jest tak naprawdę. On musi w tym drapieżnym świecie być i albo się obroni, albo nie. Innych rozwiązań nie ma.

– Jak się nie obroni?
– To umrze. To jest tak jak z nowotworem złośliwym: operacja może się udać, ale wycinamy praktycznie wszystko, żeby nowotwór nie zjadł człowieka. Podobnie z narkomanem: trzeba próbować, robić rozległe operacje, ale takie, które by nie przerwały sieci połączeń godności człowieka. Bo ten człowiek ma swoją godność, jest kimś i to jest najważniejsze. Myślę jednak, że jeżeli gra się z kimś w otwarte karty i on wie, że jest to walka o jego życie, to wtedy można sobie pozwolić na ekstremalne niekiedy pociągnięcia, bo one niejako usprawiedliwiają to wszystko. Nie jest to fala wojskowa, nie jest to gnojenie w akademiku, tylko jest to walka o życie i oni rozumieją, że wtedy kiedy się tak bardzo mocno uderza w nich, to nie po to, żeby ich zniszczyć, tylko po to, żeby zniszczyć tego narkomana, który w nich tkwi, tego raka.

– Pan był oskarżany, że metody, które Pan stosuje, są brutalne, inni mówili, że z narkomanami trzeba łagodniej.
– Potem okazało się, że mam trochę racji. Co prawda złagodniałem, ale nie dlatego, że przejąłem się krytyką, ale z powodu doświadczeń. Boże uchroń, stałem się taki bardziej psychologiczny. Chyba na tym straciłem, bo wtedy, kiedy byłem dynamicznym guru stojącym na czele, opowiadano o mnie legendy, jak w sekundę załatwiałem bitwy z urzędnikami.
Jeżdżę po świecie, odwiedzam moich wychowanków, którzy dostawali ode mnie w dupę, dziś fantastycznych ludzi mających swoje rodziny, swoje kariery. Oni, teraz ojcowie dorosłych dzieci, mówią, że to było właśnie to. Przychodzi do mnie pani docent, która mówi: „Marek gdybyś ty po dwóch latach nie obciął mi włosów do gołej skóry, kiedy myślałam, że jestem wyleczona, gdybyś nie nazwał mnie kurwą i nie wysłał do chlewni, to ja bym nie żyła, bo ja właśnie chciałam wyjść brać narkotyki”. Pamiętam z tej sesji psychologa, który przypatrywał się tej całej sprawie, dostał łuku histerycznego, ta dziewczyna zaczęła krzyczeć: „Zabijcie tego psychopatę, bo przecież on nas wykończy”. Śmiać mi się chce, że teraz mnie na to nie stać, jestem już dziadek Marek, taki delikatny, że mówię: córeńko, syneczku...

– Powiedział Pan, że narkomani mają zimne serca, co to znaczy?
– Myślę, że większość z nich ma psychopatyczną strukturę osobowości. Są ludźmi idącymi do celu po trupach, nie liczą się z nikim i niczym. Wchodzenie z nimi w sytuacje jednoznacznie moralne chyba odnosi rezultaty, ale do tego trzeba też odwagi, bo wszystko to, co ja robię, jest nielegalne: i hospicja, i detoksy. Gdyby było legalne – musiałoby być oparte na służbie zdrowia, a ci ludzie byliby tylko pomocnikami do sprzątania, a pan ordynator i panie pielęgniarki rządzili po swojemu.
Powiedziałem kiedyś, iż narkoman, żeby mógł się trwale zaleczyć, musi stoczyć prawdziwą, a nie markowaną bitwę na krawędzi życia i śmierci. On musi naprawdę na tej krawędzi stać, na prawdziwym polu można osiągnąć sukces w tej straszliwej nieuleczalnej chorobie.
Żeby wywołać w nich emocje, jeździłem z nimi w Tatry i, jako taternik, wspinałem się z nimi. Kiedy takiego narkomana wciągałem na ścianę, on kulił się: „Jezu, zaraz spadnę”. Mówię: „Teraz się boisz, ty chuju na kaczych łapach? Taki byłeś odważny, jak grzałeś pięć lat?”. Wiedziałem, że taka wspinaczka budzi emocje, które trudno ukryć, jest początkiem procesu, który doprowadza do autentycznego pochylania się nad człowiekiem umierającym, do bycia z nim do samego końca.
Czasem myślę, że może to tylko moja wyobraźnia, może mnie jest to potrzebne, nie im... Boję się śmierci i może to, co robię, jest próbą oswojenia się z nią. Ale z drugiej strony... analizując dzienniki, myślę, że takie zajęcie ma dla narkomanów ogromne znaczenie. Niektórzy wolą zajmować się dziećmi niepełnosprawnymi, mówią tak: „bo ja nigdy nie byłam przytulana, a tutaj mogę przytulać”. To jest piękne, to jest prawdziwe, ta dziewczyna nie będzie odrzucona przez dziecko, będzie leżeć z nim godzinami na materacu, w podwójnej roli: i matki, która tego nigdy nie robiła, i dziecka, które za tym tęskni.

– Bardzo to pedagogiczne, jeśli się mówi o wzorach osobowych, jeśli się mówi o autentycznych sytuacjach etycznych.
– Bo to pedagogika, jak najbardziej. Chcę skończyć z działaniami związanymi z patologią, niechaj rozwijają się dalej beze mnie. Chcę stworzyć Ruch Czystych Serc, autentyczny ruch czynienia dobra przez młodzież zdrową, chcę stworzyć kontrkulturę dla zła. Myślę, że po 30 latach poszukiwań, sukcesów i porażek z młodzieżą patologiczną, resztkę mojej sławy mołojeckiej wykorzystam, by zdrowej młodzieży pokazać kierunek.

– Domyślam się, że efektem ubocznym będzie profilaktyka uzależnień?
– To będzie jeden z efektów, bo ruch niesie w sobie m.in. zapis czystości od narkotyków, od jakichkolwiek używek. Będzie oparty na działaniach charytatywnych; żeby ten ruch nie przeszedł w skrajności (klerykalną, sekciarską czy jakąś inną), żeby był wyważony, żeby on był piękny, żeby młodzież poczuła, że są drogowskazy, które mogą ją prowadzić. Wierzę, że w 95 proc. młodzież jest cudowna i właśnie ma czyste serca. Odwołuję się do słów, które warunkują same w sobie jasny wybór. Dla Monaru i Markotu zorganizowałem 160 domów, teraz chciałbym tyle samo zrobić dla Ruchu Czystych Serc. Poprowadzą je młodzi ludzie, którzy mają potrzebę robienia czegoś dobrego dla innych. Tylko my nie dajemy im okazji, my im ciągle każemy bawić się w nie wiadomo co, żeby ewentualnie  dali kolorową czapeczkę jakiejś sierocie, bo to będzie ładnie wyglądało. Owsiak mówi, żeby pozbierać po 5 zł. Takie coś nas dotyka, ale nie tworzy.

– Nie całego człowieka obejmuje. A gdy ten ruch będzie...
– Jest!

– Przychodzą do Pana rodzice i pytają: co mamy robić, żeby uchronić nasze dziecko przed uzależnieniem. Jak mamy się zachować?
– To jest cholernie trudna sprawa, bo ja po 30 latach doświadczeń muszę powiedzieć, że z jednej strony mógłbym powtórzyć truizm, że rodzina jest najważniejsza, i na pewno jest najważniejsza, a jednocześnie jest to jedno z najsłabszych i coraz bardziej słabnących ogniw oddziaływania na młodego człowieka. Z przerażeniem konstatuję, że rodzina przestała w ogóle wychowywać dzieci, że ona je hoduje, jak ja np. psy rasy labrador, z tym że inaczej, bo gdyby rodzice tak hodowali swoje dzieci, jak ja psy – to one pewnie nie brałyby narkotyków.
Mówię rodzicom dużo rzeczy, tylko wiem, że te rzeczy nie będą robione, bo przy najdrobniejszym konflikcie wrócą do starych utartych schematów typu „milcz, szczeniaku” albo histerycznego krzyku. Znów ubiorą się w szaty, które ich kiedyś sprowadziły do mnie z ich nieszczęściem w postaci chorego dziecka. Trzeba, by byli autentyczni w kontaktach z dzieckiem, muszą je przytulać; dziecko ma wiedzieć, że rodzice interesują się jego życiem bez wchodzenia w nie z butami. Dziecko ma współtworzyć ten dom. Ciągle powtarzam, że mimo nawału spraw i bardzo trudnych sytuacji udało mi się wychować wspaniałą córkę. Opowiadam, jak budowałem swoje życie z dzieckiem, że ona niezależnie od tego, że tatuś był zawsze wariat, ekscentryk, człowiek tworzący różne rzeczy, w których czuła się często zagrożona (bo jeżeli czyściła kible w wakacje z „kupą mości panowie”, to potem słyszała „chodź Joaśka wyczyścimy kolejny kibel”), wyrosła na wspaniałą dziewczynę, skończyła studia, ma swoje dziecko, swoją rodzinę, ma swój zawód (notabene psychologiczny). A przecież rosła w domu pełnym narkomanów, od 3. roku życia wyjeżdżała na obozy z przestępcami, mogła – poprzez wielość oddziaływań negatywnych – stać się jedną z nich; ale miała też poczucie bezpieczeństwa, miała możliwość autentycznego rozmawiania, widziała moje łzy i mój uśmiech i wiedziała, że zawsze może na mnie liczyć. O tym właśnie mówię od dwóch lat w audycji „Nocne rozmowy Marka Kotańskiego” w telewizji kablowej. Setki ludzi dzwonią do mnie w trakcie programu, ja siedzę w otoczeniu młodych ludzi, kiedyś narkomanów albo narkomanów. Staram się nawiązać choćby krótkie dialogi o emocjach, mówić, dlaczego te dzieci są tutaj po tej stronie i dlaczego są chore. Staram się edukować rodziców, ale myślę, że to jest słabe ogniwo. Dlatego stawiam teraz na Ruch Czystych Serc i na szkołę, na ligę nauczycieli szkół, stawiam na ludzi, których młodzież musi wybrać w tajnych wyborach jako swoich przewodników i wokół nich chcę budować oazy dobra. Chcę, by to dobro zaczęło promieniować. Ktoś powiedział: „utopia, Marek”. Ale 30 lat temu, kiedy w szpitalu w Garwolinie opowiadałem o swoich zamiarach budowania domów dla narkomanów, słyszałem to samo.

– Czy można mówić o odpowiedzialności rodziców za to, że dziecko się uzależniło?
– Zdecydowanie. W jednej ze swoich książek napisałem: „Ty zaraziłeś ich narkomanią!”. Tak nawet zatytułowałem tę książkę. Starałem się w niej udowodnić, że my, dorośli, rodzice, nauczyciele, księża i zwyczajni ludzie jesteśmy współwinni narkomanii naszych dzieci – bo jesteśmy zakłamani, bo nie umiemy stawiać właściwych, jasnych celów, bo nie stanowimy wzorców dla nich. Te chore dzieciaki są wyrzutem sumienia społecznego i naszej rodziny bezpośrednio. Kiedy słyszę, że to oni są sobie winni – burzy się we mnie wszystko.

– Jak liczne są grupy społecznościowe?

– Kiedyś ktoś mi powiedział: „Tworzysz getta, enklawy nieszczęścia. Czy przypadkiem nie ma tutaj erupcji zła?”. Jest absolutnie odwrotnie: tu, w Centrum Pomocy Bliźniemu, jest 11 domów, mieszka w nich 160 osób, są i hospicja, i szpitale, przedszkole dla dzieci niepełnosprawnych, domy dla uchodźców politycznych, domy dla bezdomnych. Narkomani są jedną z grup. Nikt nie jest zatrudniony na etacie. Tutaj czarnoskórzy uchodźcy polityczni chodzą wśród przestępców – to jest lepsza lekcja tolerancji niż pomnik w Jedwabnem; to, że siedzą razem przy stole i jedzą tę biedną naszą zupę, którą gotujemy z przeterminowanych produktów – to jest właśnie autentyczna wspólnota; tutaj nikt nie boi się chorych na AIDS i nikt nie powie, że zarażą zupę, którą gotują dla innych. To jest lekcja człowieczeństwa.

– Mnie się to kojarzy z takim sprytnym wypędzaniem diabła.
– Odwiedził nas niedawno jeden z największych amerykańskich specjalistów w dziedzinie resocjalizacji, który powiedział: „To jest model modeli, czegoś podobnego jeszcze nie widziałem. Wystąpię do ONZ o najwyższe odznaczenie dla Pana, bo myślę, że ten sposób poszukiwania jest twórczy, autentyczny i chyba skuteczny”. Bardzo mnie to ucieszyło, nie dlatego, że jestem próżny, tylko dlatego, że może przecieram nowe ścieżki.

– Co powinni robić rodzice, jeśli zauważą, że dziecko bierze?
– Myślę, że jeśli jest to pojedynczy eksperyment, a rodziców stać na rozmowę otwartą i jasną, bez wpadania w histerię – możemy problem zażegnać. Jeżeli natomiast konstatujemy, że dziecko jest już, niestety, wciągnięte, co często się zdarza, wydaje się, że tylko poważna i ciepła rozmowa w gronie specjalisty i z rodziną może odnieść jakieś rezultaty; samodzielne działanie wtedy niewiele pomoże, bo mamy do czynienia już z chorobą, z podstępną chorobą, która z reguły charakteryzuje się tym, że dziecko będzie z przekonaniem przysięgało, że już nigdy więcej, my bardzo chcemy w to wierzyć i uwierzymy raz, drugi i piąty, a choroba się będzie rozwijać w sposób zastraszający, w niewyobrażalnie szybkim i nieodwracalnym tempie. Pytanie, gdzie znaleźć specjalistę. Niestety, z przerażeniem stwierdzam, że wielu moich kolegów zaczęło udzielać pomocy za ogromne pieniądze, że w niezbyt uczciwy sposób podchodzą do zagadnienia. A jeżeli nie za pieniądze, to nie są to do końca profesjonaliści. I dlatego jest mi smutno. Staram się o jednogodzinny program w telewizji, w „jedynce”, w którym udzielałbym wielu rad i chciałbym stworzyć zupełnie bezpłatną sytuację pomocy.
I nigdy nie wolno mówić: „całe życie straciliśmy, całe życie poświęcaliśmy” – to jest tylko dolanie oliwy do ognia. Ale wiem, że łatwo jest powiedzieć, trudno zrealizować, kiedy biedna matka i biedny ojciec nagle widzą, że ich dziecko tonie. Trudno ich winić, że poruszają się gwałtownie w tej rzeczywistości, że popełniają błędy, ale jeśli będą czytali ten wywiad, to niech spróbują zwrócić uwagę na to, że dziecko można uratować tylko poprzez spokój.

– Dziękuję za rozmowę.

 

Krzysztof Jedliński, Marek Kotański

Rozmowa ukazała się w magazynie psychologicznym "Charaktery".

X