Trochę o sobie

Pracę zawodową zaczęłam pod koniec 1976 roku jako asystent socjalny  w Szpitalu Psychiatrycznym w Pruszkowie – Tworkach. Był to czas, kiedy, do Polski wkraczała psychiatria środowiskowa i, np. w Tworkach zburzone zostały mury między pawilonami, a chorzy zaczęli wychodzić poza oddziały i poznawać życie i świat tzw. ludzi normalnych.

Personel szpitala (nie tylko asystenci socjalni, pielęgniarki, ale i lekarze) pomagali chorym poznawać ów świat. Pacjenci zaczęli dbać o swój wygląd, nawiązywać kontakty towarzyskie, korzystać z biblioteki.

Wielu pacjentów przebywających w szpitalu (nawet od kilkudziesięciu lat) nie potrafiło posługiwać się pieniędzmi. Nie wiedzieli, że mogą kupić sobie coś w szpitalnym sklepiku, czy dostać przepustkę i zrobić zakupy poza murami szpitala.

Uczyliśmy więc naszych pacjentów gospodarowania pieniędzmi i planowania zajęć w czasie wolnym.

Pomagaliśmy też załatwiać renty inwalidzkie, w czym pomocne było zatrudnianie pacjentów w Spółdzielni Inwalidzkiej mieszczącej się na terenie szpitala oraz w szpitalu.

Uczyliśmy pacjentów używania podczas obiadu widelców i noży – dotychczas jedli łyżką i rękoma.

Niesamowite było to, że rodziny, które odwiedzały swoich bliskich nie wiedziały, że można wypisać ich do domu. Rozpoczął się więc, okres powrotów do domów, oczywiście po przygotowaniu do tego zarówno pacjentów, jak i rodzin.

Szpital w Tworkach (utworzony w 1891 roku) był małym „państewkiem”.

Na terenie szpitala było gospodarstwo rolne, w którym pracowali pacjenci, dbali też o piękny park szpitalny, pracowali również w kuchni szpitalnej, rozwozili obiady do oddziałów i wykonywali inne prace w szpitalu.

Był też kościół, a ksiądz Roman Indrzejczyk z wielką serdecznością rozmawiał z chorymi i spotykał się z nimi w oddziałach.

Znajdował się tam również hotel pracowniczy, więc często praca nie kończyła się o godzinie szesnastej, a personel był do dyspozycji chorych, gdy sytuacja tego wymagała.

Niestety, w szpitalu były też osoby bardzo chore, które całymi dniami leżały w łóżku. Niektórzy chorzy chodzili po korytarzu oddziału, inni siedzieli na krzesłach. Nie było wówczas leków nowej generacji i chorzy wpatrywali się godzinami w jeden punkt, byli niespokojni.

Ale i tych chorych staraliśmy się „ odrywać„ od ich trudnego i męczącego świata psychozy i budzić w nich zainteresowanie pogodniejszą rzeczywistością. A sposobem na to było po prostu siadanie przy chorym, podanie herbaty. I często zdarzało się, że chory, który, jak zdawało się nam, nie interesuje się tym, co się wokół niego dzieje – szedł na zebranie społeczności pacjentów, czy do sali terapii zajęciowej. I nie szkodzi, że tam też siedział i nie mówił. Istotne było to, że poczuł chęć bycia z innymi ludźmi.

Podczas wielu lat pracy nie spotkałam chorego psychicznie, szczególnie cierpiącego na schizofrenię, który czułby się szczęśliwy w swojej psychozie.

Po wejściu do użytku nowych neuroleptyków, znacznie poprawiających stan zdrowia chorych, wielu z nich w okresach remisji (nawet długotrwałych, wieloletnich) – stało się zdolnymi do tzw. „normalnego” funkcjonowania społecznego.

Następnie pracowałam w Klinice Psychiatrycznej u prof.Andrzeja Piotrowskiego (wówczas docenta) w Szpitalu Bródnowskim.

Profesor Andrzej Piotrowski był jednym z prekursorów psychiatrii środowiskowej w Polsce. Doskonale wiedział o tym, że sytuacja społeczna pacjenta ma olbrzymi wpływ zarówno na przebieg choroby, jak i na utrzymywanie się okresów remisji. Tak więc, podczas pobytu chorego w szpitalu dążyliśmy do poznania i zdiagnozowania funkcjonowania chorego w płaszczyznach życia rodzinnego, zawodowego, towarzyskiego i spędzania czasu wolnego.

Dążyliśmy do tego, żeby pacjent w szpitalu był jak najkrócej i żeby istniały miejsca, gdzie może on znaleźć wsparcie psychiczne poza szpitalem.

Profesor stworzył hospitalizację domową. Codziennie do chorego przychodziła pielęgniarka lub psycholog, pacjenta też raz na jakiś czas odwiedzał lekarz.

Współpracowaliśmy z poradniami zdrowia psychicznego i innymi instytucjami zajmującymi się psychiatrią pozaszpitalną.

Najważniejsza była jednak współpraca z rodziną chorego i jego najbliższym otoczeniem, oczywiście przy udziale w tym procesie osoby najważniejszej, czyli pacjenta.

Praca w Szpitalu Tworkowskim (głównie pracowałam z doktorem Jackiem Sobkowiakiem, który nauczył mnie diagnozowania społecznego pacjenta i podstaw psychiatrii klinicznej według prof.Tadeusza Bilikiewicza) i w Klinice prof.Andrzeja Piotrowskiego nauczyła mnie tego, że każdego pacjenta trzeba szanować i traktować nie jak przypadek kliniczny z numerem choroby, tylko jak cierpiącego człowieka, którego objawy choroby trudno jest, lub nie sposób zrozumieć, ale – można i należy pojąć owo cierpienie. Bo chory psychicznie cierpi, czasem okrutnie cierpi. Ale też, tak, jak każdy inny, tzw. „normalny” człowiek ma swoje ludzkie potrzeby – i przez te właśnie potrzeby trzeba go widzieć. A pomoc socjoterapeutyczna i psychoterapeutyczna ma podążać za potrzebami chorego, a nie za tymi, które terapeuta uważa za słuszne dla pacjenta.

W międzyczasie uzupełniałam swoją wiedzę i wykształcenie. Skończyłam m.in. Wydział Dziennikarstwa ze specjalizacją polityka społeczna i praca socjalna na Uniwersytecie Warszawskim, a też studium Systemowej Terapii Rodzin u prof. Ireny Namysłowskiej w Instytucie Psychiatrii i Neurologii , Szkołę Trenerów w Intrze,  profilaktykę uzależnień w Towarzystwie Psychoprofilaktycznym.

Najdłużej  pracowałam z chorymi psychicznie i ich rodzinami. Zajmowałam się także psychiatrią środowiskową, głównie w czasie pracy w pomocy społecznej jako koordynator specjalistycznych usług opiekuńczych (psychiatrycznych).

Dodatkowo pracowałam w przychodniach. W Poradni Zdrowia Psychicznego przy ul.Twardej prowadziłam grupę wsparcia, a w Przychodni Telekomunikacji Polskiej udzielałam wsparcie psychiczne i prowadziłam  terapię krótkoterminową skoncentrowaną na rozwiązaniu problemu.

Prowadziłam też warsztaty asertywności, np. w Domu pod Fontanną w Warszawie.

Pracowałam także jako dziennikarz w Dziale Łączności z Czytelnikami i w Dziale Miejskim w „Życiu Warszawy”, a kilka lat potem, co tydzień pisałam teksty, przeważnie o asertywności w rubryce „ Terapeuta radzi „. Pisałam też m.in. w „Nowinkach Psychiatrycznych”.

Z Intrą zaczęłam współpracować kilkanaście lat temu, kiedy pracowałam w pomocy społecznej – studenci Szkoły Psychoterapii mieli tam staże (prowadzili psychoterapię osób z  zaburzeniami psychicznymi ).

Po chorobie nowotworowej, gdy wróciłam do zdrowia, znów jestem związana z Intrą, gdzie zajmuję się nadal m.in. stażami studentów Szkoły Psychoterapii.

Od wielu lat nigdzie indziej nie pracuję.

Z wykształcenia jestem m.in. : socjoterapeutą, systemowym terapeutą rodzin, dziennikarzem.

Jestem członkiem Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Niedługo skończę 64 lata, jestem rozwiedziona, mam dwoje dzieci – Basię i Jacka.

 

Krystyna Poznańska-Ostrowska

X