Rodzina – idziemy przez życie

Moja koleżanka Danusia poprosiła, żebym napisała felieton o rodzinie. O rodzinie, w której jest miło, w której wszyscy czują się dobrze i bezpiecznie, wspierają się, dbają o siebie, umieją wysłuchać się i rozmawiać szczerze, wiedząc, że jeśli nawet nie będą zgadzać się we wszystkim, to postarają się zrozumieć i dojść do porozumienia. Potrafią także wybaczać sobie. O rodzinie, która się kocha.

I właściwie nie mam o czym pisać, bo Danusi pomysł na temat tekstu wyczerpuje treść felietonu.

Rodzina – idziemy przez życie trzymając się pod ręce i czując bliskość w świecie niestabilnym i chaotycznym.

Obecnie, w Polsce za rodzinę uważamy przeważnie małżeństwo (konkubinat) z dziećmi. Do rodziny zaliczamy też rodziców małżonków, ich rodzeństwo i innych krewnych, oczywiście mieszkających gdzie indziej, czasami w odległych częściach świata.

Gdy byłam mała mieszkałam na peryferiach Warszawy w małym domku z rodzicami, dziadkami (rodzicami mamy) i siostrą babci. Rodziny moich koleżanek były podobne – oprócz rodzeństwa, którego nie miałam, dziadkowie i inni członkowie rodziny mieszkali razem.

A sąsiedzi, w jakimś stopniu też czuli się rodziną, bo w jednym domu ktoś miał telefon, w innym telewizor, nie mówiąc już o artykułach spożywczych – i tak o różnych porach dnia ludzie wpadali do siebie. Pamiętam, jak do koleżanki chodziłam na dobranockę, „Misia Uszatka”.

Dziś, szczególnie w miastach, rodziny wielopokoleniowe są coraz rzadsze, a sąsiadów często nie znamy. I zastanawiam się, czy może było lepiej wtedy, kiedy duże rodziny mieszkały, jeśli nie razem, to niedaleko siebie. Ale moja tęsknota za rodziną wielopokoleniową jest nostalgią za dzieciństwem, a nie obiektywnym spojrzeniem na problemy społeczne.

Tęsknię za śniegiem i lepieniem bałwana, za wypatrywaniem pierwszej gwiazdy w Wigilię, za listonoszem, który przynosił telegramy z życzeniami świątecznymi na kolorowych kartkach. A jeżeli listonosz przychodził z telegramem na zwykłej kartce, to był posłańcem złych wieści – o chorobie lub śmierci.

Jednak wtedy była inna epoka – w nielicznych rodzinach były telefony, a pierwsze komputery wielkości szaf zaczynały powstawać w ośrodkach naukowych.

W tamtych czasach w rodzinach, tak, jak teraz bywało różnie, bo ludzie, jak pisałam w felietonie o stresie – od czasów pierwotnych są do siebie podobni. Ale, gdy rodzina jest większa, związana ze sobą nie tylko uczuciami, ale też tradycjami kulturowymi i otoczona więzami sąsiedzkimi – łatwiej jest chyba radzić sobie z trudnościami życiowymi, a też radość z dobrych chwil jest pełniejsza.

Bywa i tak, że nie wszyscy mają rodziny. Niektórzy są sami z wyboru i jest im z tym dobrze. Inni natomiast mają znajomych i przyjaciół, z którymi czują się, jak z rodziną.

Nie chodzi przecież o formalne określanie związków między ludźmi. Bardzo ważne jest natomiast, jak ludzie bliscy sobie pielęgnują ową bliskość i dbają o związek. Oczywiste jest bowiem, że w rodzinie (związku) dwu i więcej osób każdy jest inny - ma swoje potrzeby, zainteresowania, pragnienia, dążenia, inaczej reaguje w różnych sytuacjach, itd., itd. Dlatego warto dbać od początku o uczenie się rozumienia siebie nawzajem, o jasne przekazywanie swoich oczekiwań i upewnianie się, czy zrozumiało się, o co chodzi partnerowi, dziecku, czy innemu członkowi rodziny. O wysłuchanie, o zastanowienie się, np., jak ja bym postąpiła/postąpił w konkretnej, może spornej, sytuacji. O przyjęcie, że ktoś może czuć, myśleć, rozumieć, chcieć – inaczej niż ja.

Czyli, mówiąc krótko, w rodzinie warto dbać o komunikację, w tym o asertywność, co zresztą jest niezbędne we wszelakich kontaktach międzyludzkich.

Akceptowanie tego, że choć jako ludzie jesteśmy do siebie podobni, ale też i różnimy się między sobą, pomaga rozumieć nie tylko innych, ale także i siebie. Bo przecież, kiedy pozwolimy sobie na szczerość wobec siebie, to czasami zastanawiamy się, czy znamy siebie. Czy wiemy, co jest dla nas w życiu ważne, co najważniejsze i dokąd zmierzamy.

Czujemy własną tożsamość od urodzenia, ale doświadczenia, jakie zbieramy podczas życia zmieniają nasze spojrzenie na wiele spraw, a też zmieniają się nasze zachowania.

Więc, jeżeli niezbyt dobrze znamy siebie, to oczywiste jest, że i innego człowieka, czy to będzie rodzic, mąż, dziecko – też nie poznamy do końca.

Łącząc się z innym człowiekiem decydujemy się tworzyć rodzinę, miejsce, gdzie będziemy szczęśliwi, bo szczęśliwi samotnie bywamy rzadko. I jeśli swoje pragnienie szczęścia uzupełnimy pragnieniem szczęścia innego, to może będąc szczęśliwi razem, stworzymy, to co jest w życiu człowieka wartością może największą – poczucie bliskości z Innym/Innymi w świecie, w którym nie wiemy czemu i po co znaleźliśmy się. I nie wiemy, czy z tego świata będziemy mogli coś ze sobą zabrać, a jeśli tak, to tylko, tak wierzę, poczucie istnienia z Innym bliskim?/Innymi bliskimi - TU i TAM.

Żyjemy w czasach kultury szybkiej, powierzchownej, na granicy współistnienia z robotami, które stwarzane po to, żeby ułatwiać nam życie, otworzą nieznaną ludzkości cywilizację. Której konsekwencje są trudne do przewidzenia dla Homo sapiens.

Więc, póki co, dbajmy o rodzinę, kochajmy się, a czasem, siedźmy ze sobą w milczeniu, które o bliskości czasem powie więcej niż słowa, których nie znamy wystarczająco wiele, aby określić niektóre stany emocjonalne.

Jesteśmy rodziną/przyjaciółmi i idziemy przez życie blisko siebie, silni miłością ku przyszłości, której nie znamy.

 

Krystyna Poznańska - Ostrowska

Dziennikarka, socjoterapeutka oraz systemowa terapeutka rodzinna. Publikowała m.in. w "Życiu Warszawy" i "Nowinkach Psychiatrycznych". Związana z INTRĄ od kilkunastu lat. Obecnie jest odpowiedzialna przede wszystkim za organizację staży studentów naszych szkół psychoterapeutycznych.

X