NIGDY WIĘCEJ NIE MÓW DO MNIE: KACZUSZKO

Ogromnie popularne stało się pojęcie asertywności. W cyklu artykułów przybliżamy tę umiejętność. Dotychczas opublikowaliśmy teksty o traktowaniu siebie (marzec), o pokusach (kwiecień) i o obronie czasu (maj). Za miesiąc przeczytacie artykuł na temat: Ja wobec silniejszych, czyli szefów i egzaminatorów.
Być asertywnym to wyrażać swoje myśli, uczucia i potrzeby tak, aby nie zranić drugiej osoby czy nie naruszyć jej godności, jednak szczerze, otwarcie i wprost. Dodajmy do tego dwie osoby – kobietę i mężczyznę. I wyobraźmy sobie, że ich relacja jest w pełni asertywna. Co to oznacza? Otóż koniec ze sztuką flirtu, która opiera się na niedopowiedzeniach, sugestiach, aluzjach. Koniec też z poezją – wreszcie wszystko jasne. Przede wszystkim jednak koniec z odwiecznym tańcem dwóch płci, polegającym na kolejnych sekwencjach odsłaniania się i zasłaniania.

Dlatego nie myślę, aby należało zmierzać do poddania utartych damsko-męskich relacji pełnemu uasertywnieniu. Są jednak sytuacje, w których asertywność dostarcza pomocnych narzędzi do rozwiązywania problemów między mną a kimś tak odmiennym, jak osoba płci przeciwnej.
Kilka lat temu jedna z uczestniczek mojego treningu asertywności oznajmiła, że postanowiła stanowczo powiedzieć mężowi, aby przestał ją nazywać „kaczuszką”, co czynił od dnia ślubu. Przy następnym spotkaniu spytaliśmy ją: „No i co?”. „Oczywiście się zgodził, był tylko bardzo zdziwiony, że nie powiedziałam mu wcześniej, jak bardzo mnie to drażni” – oznajmiła kobieta.

Wielu irytujących zachowań dałoby się uniknąć, gdyby tylko kobieta lub mężczyzna zdecydowali się powiedzieć o tym partnerowi wprost. Dotyczy to nawyków, z których ludzie często nie zdają sobie sprawy – od powtarzania dowcipnych powiedzonek po dłubanie w nosie.

Typowym tematem z zakresu obrony własnych praw jest odmowa bliskich, intymnych kontaktów. Coraz częściej sytuację taką ćwiczą na treningach mężczyźni, szczególnie jeśli kobieta uderza w ich obraz siebie w roli męskiej: „Co z ciebie za facet, skoro odmawiasz kobiecie!”. Panowie przekonują się, o ile silniejsze jest odwołanie się do siebie, do swoich pragnień i decyzji (np. „Nie, nie chcę zamieniać naszej relacji na bliższą, odpowiada mi to, co jest”; „Nie pasuje mi bardziej osobisty kontakt między nami”), zamiast do powinności czy racjonalnych argumentów („Chyba nie powinniśmy”; „To nie ma sensu”).

Mężczyźni narzekają też często, że związane z nimi kobiety chcą decydować o ich wyglądzie („Tej koszuli na pewno dziś nie założysz!”), to zaś prowadzi nas do szerszej klasy zachowań damsko-męskich, której charakter najlepiej oddaje komunikat TY: „Ty nie możesz być taki/taka” („Prawdziwa kobieta siedzi w domu i zajmuje się dziećmi (a ty nie)!”; „Musisz schudnąć, nie wolno ci tyle jeść!”; „Dlaczego nie umiesz zarobić tyle, żeby nam na wszystko starczyło?”).

Asertywność zajmuje się stawianiem granic. Setki razy słyszałam od moich klientów i klientek, do czego prowadzi nieumiejętność w tym zakresie – prowadzi do inwazji. Jeżeli nie umiemy powiedzieć partnerowi „Stop! To już moje terytorium. Tu ja decyduję”, jest prawdopodobne, że dokona aneksji i nawet tego nie zauważy. Istnieją mężczyźni, którzy decydują, gdzie ich partnerka pracuje, w jakim kolorze jej do twarzy, co powinna czytać, ile ważyć. Istnieją kobiety, które wydzielają partnerom kieszonkowe z ich własnej pensji, kontrolują ich dietę, ustalają prędkość, z jaką powinni prowadzić samochód. Wszyscy oni (te kobiety i ci mężczyźni) mówią: „Ty nie możesz być taki/taka, jak ty chcesz – musisz być taki/taka, jak ja chcę! Nie wolno ci być sobą!”.

Zmiana zachowań w pojedynczych epizodach jest zwykle łatwa – nietrudno jest powiedzieć na przykład: „Rozumiem, że nie podobają ci się pisma kobiece, ale ja lubię czytać o kosmetykach. Widzę, że się różnimy w tej sprawie”. Trudniej jest dać sobie prawo do tego różnienia się. Dużo trudniej przestać się wstydzić i wypierać. Tak, lubię podjadać i przez to rzeczywiście tyję. Tak, czasem kupuję coś nieracjonalnego pod wpływem impulsu. Rzeczywiście, gdy zmywam, zachlapuję podłogę dookoła. Tak właśnie robię, taka jestem i na razie nie mam zamiaru tego zmieniać. Niektóre pary angażują niemal całą wzajemną uwagę w próbę zmiany siebie. Świetnie, o ile zmieniana osoba tego pragnie. Czasem jednak klimat takich relacji przypomina źle prowadzony poprawczak. Nieobecny jest najsilniejszy czynnik wpływu, czyli pochwały.

Wiele osób uważa, że ocenianie się nawzajem w parze jest grą o sumie zerowej, czyli im lepszą ocenę uzyskasz ty, tym gorszą dostanę ja. Jeżeli przyznam ci, że świetnie gotujesz, to znaczy, że jestem od ciebie gorsza w kuchni, czyli jestem do niczego. Pochwały tymczasem są jak czarodziejska różdżka – potrafią zamienić kopciuszka w księżniczkę i kundla w rasowego psa.

 

Maria Król - Fijewska

Tekst ukazał się łamach miesięcznika "Charaktery" nr 6/2003

X