Moje sumienie i bezdomni

Nad swoim sumieniem zaczęłam zastanawiać się niedawno. W czasach młodości myślałam i mówiłam: „jest to zgodne z moim sumieniem” lub „moje sumienie nie pozwala mi na to”, ale nie wnikałam głęboko, co to dla mnie znaczy. Dopiero dojrzałe lata życia budzą we mnie pytania, między innymi o sumienie.

Co to jest sumienie? Po co jest mi ono potrzebne? A może jest częścią mnie?

Profesor Leszek Kołakowski w książce „Mini wykłady o maxi sprawach" pisze: „Sumienie nie składa się z zasad, nie jest doktryną ani ideologią, jest raczej polem wrażliwości, wewnętrzną instancją, której obecność znamy, gdyż ujawnia się w doświadczeniu, i która coś nakazuje albo czegoś zakazuje.”

Profesor pisze także: „Ale sumienie nie istnieje, jeśli nie ma rzeczy takiej, jak poczucie winy, wyrzuty sumienia, a sama obecność tychże świadczy o tym, że mogliśmy postąpić inaczej albo co najmniej, że tak wierzymy, iż jesteśmy wolni.”

Pojęcie sumienia pojawiło się w chrześcijaństwie (głos Boga, Ducha Świętego), ale już w starożytności filozofowie mówili o wewnętrznej zdolności do poznania tego, co dobre, a co złe.

Tak więc, poczucie winy i wyrzuty sumienia są cechą ludzką i nie trzeba, żeby się ich pozbyć iść do psychoterapeuty, ale starać się zrobić coś, aby zrozumieć i naprawić swoją winę, choć niekiedy cierpienie pozostaje do końca życia. A psychoterapeuta może towarzyszyć w zmaganiu się z wyrzutami sumienia i poczuciem winy, a przede wszystkim w zrozumieniu ich.

Powracam do tytułu felietonu „Moje sumienie i bezdomni”. Otóż, w okolicy bloku, w którym mieszkam spotykam bezdomnych. Nigdy z ich strony nie spotkała mnie przykrość, zachowują się spokojnie. Czasami któryś z nich poprosi, żebym kupiła mu bułkę i kawałek kiełbasy – kupuję. Czasami ktoś poprosi o papierosa – daję (częstuję).

Ale któregoś dnia wracając do domu przechodziłam koło siedzących na murku bezdomnych, kobiety i mężczyzny. Przechodziłam koło nich wiele razy, aż któregoś dnia poczułam się nieswojo. Przecież, jeżeli pod domem spotykam sąsiadkę, to mówimy sobie dzień dobry. Natomiast z parą bezdomnych mijałam się w  milczeniu, udawałam, że ich nie widzę, a potem zaczęłam wracać do domu tak, żeby omijać ową parę na murku. Stało się to dla mnie męczące i niezrozumiałe.

I któregoś dnia postąpiłam inaczej. Zatrzymałam się i powiedziałam: „Przepraszam, że państwa zaczepiam i wtrącam się w ich sprawy, ale wielokrotnie spotykamy się, ja idę do domu, gdzie jest mi ciepło, a państwo tu siedzą i marzną. Czuję się z tym niezręcznie i choć, przepraszam, nie zaproszę państwa do siebie, ale może mogę jakoś pomóc? Myślę o podaniu jakichś informacji o instytucjach udzielających wsparcie bezdomnym i ewentualnej pomocy przy załatwianiu spraw formalnych. Może potrzebne są, np. talony obiadowe, czy staranie się o lokal do zamieszkania?”

Kobieta i mężczyzna uśmiechnęli się do mnie, podziękowali  i powiedzieli, że nic nie potrzebują,  że korzystają  z pomocy społecznej i mają gdzie mieszkać.

Ja też się uśmiechnęłam, powiedziałam do widzenia i odeszłam.Od tego czas, gdy spotykamy się, to uśmiechamy się do siebie i mówimy sobie dzień dobry.

Gdy przeczytałam to, co napisałam, to nasunęły mi się pytania:

  1. Czemu czułam się niezręcznie ,mijając bezdomną parę siedzącą na murku? Czy może czułam wyrzuty sumienia?
  2. Czemu powiedziałam, że nie zaproszę ich do domu, np. na herbatę? Czy z tego powodu miałam poczucie winy?

Odpowiedzi na te pytania wydają się proste. Przecież nie ponoszę odpowiedzialności za to, że kobieta i mężczyzna są bezdomni, oraz że mam prawo dbać o swoją prywatność i nie zapraszać do domu osób nieznajomych, a nawet znajomych, jeśli tego nie chcę. A jeśli porusza mnie życie bezdomnych, to mogę pomagać im w miarę swoich możliwości.

Jednak z odpowiedziami tymi czuję się źle. Dobrze czułabym się, gdyby każdy miał mieszkanie i jedzenie. A z wyjaśnieniem, że niezaproszenie na herbatę zaniedbanych bezdomnych i obawa, że będą przychodzili częściej jest obroną własnych granic, zachowaniem asertywnym  - czuję się też źle. I chyba miałam jakieś poczucie winy, wszak rodzice mówili mi, że głodnych trzeba ugościć i robili tak. Jednak pięćdziesiąt parę lat temu były inne czasy.

Jestem więc dzieckiem w wieku 64 lat. Pozostaje mi pocieszenie się tym, że człowiek jest jednocześnie Dzieckiem, Rodzicem i Dorosłym. I tak się czuję. Dziecko to marzenia i kreatywność. Rodzic to m.in. wzory zachowań i dumna jestem z tego, że Rodzice wpoili mi wrażliwość na innego człowieka. Ale wypada, żeby człowiek w wieku 64 lat był dorosły. I jestem dorosła, bo decyduję, co robię i pomagam ludziom bezdomnym tak, jak potrafię i chcę. I nie mam wobec nich poczucia winy. A jeżeli kiedyś zmienię zdanie, to może będę  pomagała im inaczej, bardziej skutecznie.

 

Krystyna Poznańska - Ostrowska

Dziennikarka, socjoterapeutka oraz systemowa terapeutka rodzinna. Publikowała m.in. w "Życiu Warszawy" i "Nowinkach Psychiatrycznych". Związana z INTRĄ od kilkunastu lat. Obecnie jest odpowiedzialna przede wszystkim za organizację staży studentów naszych szkół psychoterapeutycznych.

X