Kto jest za tym murem

I w życiu, i w psychoterapii empatia pozwala podejść do drugiego człowieka bardzo blisko. Tak blisko, jak to się zdarza tylko w przyjaźni i miłości. A i to rzadko.

Słynny amerykański psychoterapeuta Carl Rogers, który uważał umiejętność empatyzującego komunikowania się za główne narzędzie terapeutyczne, w dzieciństwie miał głębokie poczucie osamotnienia. Pragnienie, aby być naprawdę rozumianym, było w nim żywe przez całe życie. Sytuację człowieka w otaczającym go świecie Rogers porównywał do sytuacji więźnia zamkniętego w celi o grubych murach, który stukaniem nadaje komunikat, że jest i kim jest. Łatwo sobie wyobrazić, jak ów więzień cieszy się, gdy ktoś da mu znać, że usłyszał jego stukanie, odczytał je i zrozumiał. Obraz więźnia zamkniętego w celi o grubych murach to przenośnia symbolizująca trudności we wzajemnym rozumieniu się ludzi. Bo choć jesteśmy do siebie podobni, bardzo się też różnimy. I w związku z tym trudno nam, patrząc na coś ze swojego punktu widzenia, zrozumieć dokładnie, jak patrzy na to inna osoba. Aby uzmysłowić sobie charakter tej odmienności, spróbujmy uczuciom takim jak złość, miłość, strach i radość przypisać kolor, który nam się z każdym z nich najsilniej kojarzy.

Czy twoja radość jest brązowa, tak jak moja? Czy miłość masz waniliową, a strach niebieski? Złość czerwoną? Jeśli nie – różnimy się, ty i ja, w sposobie odczuwania świata. Znam osobę, dla której miłość jest zielona. Aż trudno to pojąć!

Terapeuta, jako specjalista od rozumienia innych ludzi, od początku swojej profesjonalnej drogi ćwiczy się w empatii, czyli w takim sposobie przeżywania i patrzenia na czyjąś sytuację, jakby był tą osobą. Najpierw musi zawiesić przyjmowane powszechnie przekonanie, że jeśli rozumiem, co mówisz, to doskonale wiem, co masz na myśli. Przekonanie o tym, że jeśli ktoś mówi o miłości, to pewnie ma przed oczami waniliowy kolor. Bo być może ten ktoś widzi miłość w kolorze czerwonym. Albo zielonym.

Dlatego terapeuci często pytają o rzeczy, wydawałoby się, oczywiste. Chcą po prostu zrozumieć niepowtarzalny sposób doświadczania świata przez pacjenta. Kiedyś pewna pani w trakcie sesji terapeutycznej opowiedziała mi o przyjęciu, na którym była z mężem.
– Uważam to za bardzo głupie z mojej strony, ale nie mogłam znieść, gdy mój mąż odzywał się do innej kobiety. Tak mnie to wyprowadzało z równowagi, że kiedy jakaś kobieta podchodziła i zaczynała z nami rozmawiać, przerywałam pod byle pretekstem i ciągnęłam męża w drugi koniec sali.
– Chciała pani, aby mąż interesował się tylko panią – powiedziałam odruchowo.
– Tak jakby. W pewien sposób – odpowiedziała bez przekonania. Jej reakcja była zastanawiająca. Spytałam więc:
– Co dokładnie pani przeżywała?
– Byłam wściekła na te baby.
– Co panią złościło? – zapytałam, choć łatwo mi było wyobrazić sobie jej odpowiedź.
– Wydawało mi się, że patrzą na mnie z wyższością, jakby myślały: „Jestem lepsza od ciebie, mogę ci zabrać zainteresowanie twojego męża, gdy tylko mi się tak spodoba”. To właśnie było dla mnie najgorsze.
A więc byłam w błędzie! Mylnie sądziłam, że istotą doświadczenia mojej klientki jest obawa, że utraci mężczyznę. Tymczasem ona skupiała całą swoją uwagę na kobiecie. Teraz, lepiej rozumiejąc jej przeżycia, powiedziałam:
– Czy dobrze się domyślam, że zabierała pani męża w drugi koniec sali, aby nie pozwolić, by inna kobieta panią upokorzyła?
Tym razem potwierdziła z pełnym przekonaniem. Co więcej, ożywiła się i wydawała bardzo zadowolona.

Jeśli terapeucie uda się uchwycić istotę sprawy, człowiek siedzący w celi o grubych murach czuje się wzmocniony, samym tym faktem podniesiony na duchu. Jak trafnie powiedział angielski psychoterapeuta Ronald Laing, żebyśmy mogli poczuć się sobą, musi istnieć ktoś, kto nas zna. Terapeuta nasłuchujący z drugiej strony grubego muru, choć się stara, nie zawsze dobrze słyszy. Jego empatyczne w zamierzeniu reakcje bywają nietrafne. Jednak jego starania mają istotny sens: pomagają klientowi, choćby poprzez konieczność poprawiania terapeuty, uświadomić sobie, o co naprawdę chodzi.

Czasem empatyzowanie jest dla terapeuty szczególnie łatwe. Dzieje się tak wtedy, gdy postrzega klienta jako podobnego do siebie. Jednak pomaganie ludziom podobnym do siebie wcale nie jest łatwiejsze. Dlaczego? Definicja empatii mówi o wczuwaniu się w sposób doświadczania drugiej osoby, tak jakby się nią było. No właśnie – tak jakby. Nie jestem moim klientem, nie obarczają mnie jego problemy. Ale rozumiem go. Mogę wyobrazić sobie, co ja bym czuła, gdyby to mnie przytłaczały takie problemy. Natomiast jeśli pomagam komuś, z kim się w pełni identyfikuję, silniej mogę mu współczuć, bardziej go lubić, ale trudniej mi będzie ogarnąć jego sprawy w pomocny sposób – brak mi będzie niezbędnego dystansu. Ponadto w kontakcie z osobą podobną do siebie terapeuta często ulega złudzeniu, że wszystko wie o jej przeżyciach, że nie musi o nic pytać ani niczego sprawdzać. A to niejednokrotnie prowadzi go na manowce.

I tak dochodzimy do wniosku, który wynika z doświadczeń terapeutycznych, ale ma też zastosowanie w innych relacjach międzyludzkich: żeby uruchomić empatię, żeby naprawdę dobrze zrozumieć drugiego człowieka, muszę koniecznie odkryć, czym się różnimy. A potem jeszcze, w czym jesteśmy podobni.

 

Maria Król - Fijewska

Tekst ukazał się na łamach miesięcznika "Charaktery" nr 1/2006

 

X