CARL ROGERS

Gdyby psychoterapia obierała sobie własnych świętych, z pewnością Carl Rogers znalazłby się w tym panteonie. Starał się żyć według tego, co głosił i głosił publicznie to, co wynikało z jego autentycznych profesjonalnych i osobistych doświadczeń. Bardzo poważnie traktował bycie prawdziwym , „w kontakcie ze sobą” i równie poważnie – podchodzenie do drugiej osoby z szacunkiem i zrozumieniem. Wcielał w życie i ucieleśniał psychologiczne hasła, które mogą wydawać się dzisiaj oczywiste i banalne – dopóki nie spróbujemy naprawdę prowadzić zgodnie z nimi swojego życia.

Choć żonę – Helen – wybrał szybko i na całe życie, swojej drogi zawodowej poszukiwał długo, zmieniając  kierunki edukacji i krok po kroku zbliżając się do swojego życiowego powołania – psychologii a szczególnie – psychoterapii. Całe swoje zawodowe życie zajmował się badaniem i stwarzaniem warunków, sprzyjających konstruktywnej zmianie jednostek ludzkich w kontekście spotkania indywidualnego  i grupowego.
Korzystając z osobistego doświadczenia  w kontakcie z pacjentami, Rogers doszedł do wniosku, że chcąc pomóc człowiekowi  w jego problemach musimy przede wszystkim zacząć go słuchać i naprawdę usłyszeć to, co chce powiedzieć. Słuchanie w wykonaniu Rogersa było sztuką bardzo wyrafinowaną. Obejmowało uruchomienie pełnej wrażliwości  empatii („tak jakby się było drugim człowiekiem, ale bez zatracenia tego > >tak jakby<<”), rezygnację z ocen i osądów na rzecz bezwarunkowej akceptacji, zabarwionej życzliwością oraz rezygnacją z zasłaniania się profesjonalną maską, tak, aby osoba wchodząca do gabinetu terapeuty spotykała tam autentycznego człowieka, możliwego do poznania i zrozumienia. Oglądając filmy z jego poglądów terapeutycznych, czy czytając zapisy sesji  możemy podziwiać, jak mistrzowsko posługiwał się tym, co dziś nazywamy „triadą rogersowską” .

W późnych pracach Rogersa odnajdujemy wzmianki o jeszcze jednej cesze, która sprzyja zdrowiu i rozwojowi drugiego człowieka – o obecności terapeutycznej.
Dla niektórych to prewarunek triady, dla innych jej kwintesencja.  Dla mnie – zwrócenie uwagi na czynnik o wielkiej sile oddziaływania.

W sposób obecnościowy Rogers pracował nie tylko z indywidualnymi klientami, ale i z grupami, czasami nawet bardzo dużymi. Uważał, że ludzie powinni uczyć się przez osobiste doświadczenie i że to, co z tego wyniknie, będzie z całą pewnością wartościowe.

Słyszał, rozumiał, odzwierciedlał, dawał miejsce drugiej osobie a jednocześnie ujawniał własną autentyczność – to wydaje mi się niezwykle trudną instrukcją pomagania człowiekowi, instrukcją o niesłabnącej sile – tak wierzę.

Maria Fijewska

X